Kasy uprzywilejowane a rzeczywistość – przedświąteczny list do hipermarketów.

Szanowni Państwo,

Pisze do Państwa w bardzo delikatnej sprawie jako, że zaczęła mnie ponownie dotyczyć i ma ogromny wpływ na stan nerwów, uniesień w domu, relacji z mężem i otoczeniem. Mianowicie spodziewam się drugiego dziecka, targam już ponad kilogramowy ucisk na pęcherz w pełnym rozkroku i  truchcie „na kaczkę”, a sprawa, z jaką się do Was zwracam to kasy pierwszeństwa, pozycje uprzywilejowane dla uprzywilejowanych,  jedynie z nazwy, niestety.

Zastanawiałam się nie dalej jak wczoraj, chcąc na szybko zakupić małe opakowanie śledzi w śmietanie na jednym z hipermarketowych stoisk typu garmaż, co musiałabym zrobić w kolejce, żeby zauważono mnie, moje dwuletnie, nieskoordynowane jeszcze wychowawczo dziecko numer jeden i worek pełen wód i drugiego człowieka, który podąża przede mną dziarsko już od sześciu miesięcy tak, żeby nienazwany z imienia bohater w swej chwale i glorii był na tyle uprzejmy i pozwolił skasować 0.228kg śledzia za łączną kwotę 4.79 polskiego pięknego złotego. Chciałoby się od razu skomentować, że czas zacząć pracować nad wychowaniem dwulatki i wysyłać sprawniejszych reprezentantów do stania w hipermarketach, ale dzieci w wieku lat dwóch mają w rzyci próchnicę i ciężko im wyjaśnić, że żelki przy kasie nie mogą zostać zakupione, bo są złe dla zdrowia. Spadająca matce z ramienia torba, dwie kurtki, czapki, szaliki, zapocone jak prosięta twarze i rozwiązany adidas nie ułatwiają zapanowania nad rzeczonym stanem rzeczy. Mąż wysłany po kawę i masło wraca z cukrem, więc jemu też podziękujemy. Musze chodzić sama.

Ale do czego zmierzam.

Kasa uprzywilejowana, a nawet dwie, obie otwarte. Tu należą się oklaski. Kolejki przy nich takie, że zawijają obok Frugo, ciągną się przez przyprawy ze świata, czekolady mleczne i gorzkie, cebulę, buraki i mandarynki na wagę. Wasze kasjerki nawet po czterech szkoleniach z asertywności tygodniowo, chcąc zauważyć jedną ciężarną mrówkę na końcu tej układanki zza karpia, czteropaku Pepsi i tony ziemniaków, które już na taśmie, musiałyby chyba mieć na stanie lunety teleskopowe i co klient wstawać , wypatrywać, a może właśnie zza góry cytryn, ta pani w płaszczu to z brzuchem. Na Boga, przecież tak się nie da. Ciężarne, te bardziej pyskate, mogą sobie po prostu wejść między wódkę a zakąskę, ale jeżeli nie byliście jeszcze świadkami pełnego zrozumienia i empatii cmokania kolejki pań w berecie z jaka i pana co z Tyskim już od piętnastu minut grzeje miejsce, to proszę sobie kiedyś zaeksperymentować, wleźć i postarać się nie uschnąć od spojrzeń, komentarzy, i kręcenia głową. A te kręcą się Proszę państwa 360 stopni wokół własnej osi, niemalże, gałki już bez źrenic i piana w gębach pań, co nigdy czapek nie zdejmują zimą, bo włosy oklapnięte, łypią na tego śledzia nieszczęsnego w amoku, co go rzutem na taśmę jakaś odważna wrzuciła: NO JAKŻESZ MOGŁA! PRZECIE KOLEJKA A JA MAM DWA KYLO CEBULI! Z doświadczenia Państwu jeszcze napiszę, że im większy brzuch, im bardziej po tyłek u inwalidy urżnięta noga, tym większej ślepoty dostaje naród i jakby mogli, to by im się karki poskręcały od ostentacyjnego odwracania się na stojące po przeciwnej prezerwatywy i lubrykant znanej marki. Nagle wszyscy koneserzy gum do żucia przerzucają w tych opakowaniach jak w ciuchach na wagę. I nie do nich pretensje, może z domu nie wynieśli minimalnego szacunku zanim mnie czy każdej innej uprzywilejowanej osobie te nogi w tyłek nie wejdą po same kolana (o ile nogi ma, prawda).

Apel do Państwa jest następujący. Zamykajcie kasy uprzywilejowane dla ludzi, którzy ich nie potrzebują. To trochę jak parkowanie na miejscu dla inwalidów pod budynkiem sklepu bo bliżej wejścia, a skoro nikt właśnie na nim nie stoi to pewnie nie potrzebuje. I co wtedy? Mandat, kajdany na koła, ogólnie przyjęte poruszenie, społeczne odrzucenie i użeranie się z panami ze straży miejskiej tygodniami. Proszę Państwa w swojej dobroci o wyjaśnienie mi, na czym polega ta magiczna różnica, między miejscem postojowym z ilustracją wózka inwalidzkiego, a kasą z dyndającym nad nią plakatem tego samego i ciężarnej w gratisie? Teraz całkiem poważnie – pamiętajcie, że to Wy sami budujecie sobie opinię na podstawie tych małych zdarzeń, a to jak odbieracie i wychodzicie naprzeciw potrzebom różnych klientów, powinno być waszą wizytówką.

Z wyrazami szacunku i najszczerszymi życzeniami Wesołych Świąt,

Klientka.

Dzień dobry, moje życie.

Apteka, duże miasto. Kolejka. Chwilę wcześniej Krystyna zwaliła się w gacie, ciągniemy za sobą odór od McDonaldsa. Matka, że wyrodna, zapomniała zestawu ratunkowego, picia, zabawek, chustek z mydłem. No wszystkiego. Zła Matka to była, przecież. Podchodzę więc do farmaceutki i zaczynam prawić w deseń „Pani magister, a ma Pani może…”

- Dzień dobry, pieluchy na sztuki są?

- Nie ma przykro mi (smutek face). Dla dzieci tak, ale dla Pani to tylko w paczkach po dziesięć.

Kurtyna.

Przedświąteczny Christmas Spirit.

Buszuję po hipermarkecie w poszukiwaniu garnków na wagę i patery za zer cztery. Nie ma. Jak na kobietę przystało przyjechałam po chleb, a wyjadę z nową kuchnią gazową niemalże i kołdrą puchową metr czterdzieści na dwa. Już znam te numery.  Szukam wolnej kasy, a jak nie wolnej to trochę luźniejszej. W koszyku wyjątkowo mało gratów tym razem, widać dno, nie będę czekać w zawijających się pod sery i garmaż kolejkach, żeby skasować kilka fantów. Z rozrzewnieniem mijam kasę pierwszeństwa, przy której stoi pół wieżowca z naprzeciwka i dwie drużyny piłkarskie, bo byłoby zuchwałym nietaktem przepchnięcie się przez ten tłum finalnie stawiając na taśmie dwa Tyskie w puszce. Z brzuchem. Z resztą problemy kas pierwszeństwa polegają na tym, że żeby kobietę ktoś faktycznie na końcu w siwym dymie zauważył, musiałaby chyba podciągnąć bluzkę do góry i pomachać gołymi cycami.

Idę dalej. Mknę z niebieskim koszyczkiem przez pola kas. Z trzydziestu otwartych może siedem. Jest jakaś prawie pusta, zostaje. Wyciągam te dwa Tyskie, kapcie męskie w kratę w rozmiarze czterdzieści pięć i czekoladę Milka Tuc. Przede mną Pani kupuje dwa prześcieradła i poszewki, myślę sobie – tu nie może się nic stać. Za mało ludzi, za mało towarów, uda się wyjść bez przygód. PIP – PIP – PIP. Nagle pani od prześcieradeł wypadają gały na kasę, zęby łapie w locie:

– Jezus Maria, ILE TE PRZEŚCIERADŁA?!

- trzydzieści pięć złotych – odparła spokojnie kasjerka.

- Jedno?! To ja nie chce. – zamąciła w moim spokojnym stawie moherowa aferzystka.

- Dobrze, zadzwonię po koleżankę, musi wycofać. Halo, Danusia, podejdziesz do czwórki?…

Cudownie. CU-DO-WNIE. Facet za mną, który zdążył się już wypakować zaczął nerwowo zbierać swoje dwa pory, kilogram pomarańczy i masło w kostce. – Jak się, kurwa, nie umie robić zakupów i czytać naklejek na metce to się siedzi w domu. – uprzejmie wyszeptał pod nosem. Ja dzielnie stoję, podtrzymuję bramkę. Nadal. Albo i nie, zabieram kapcie w kratę pod pachę, czekoladę i dwa browary. Zanim Danusia zejdzie, dosunie do czwórki, spotka trzy koleżanki, napije się kawy.  Nie, dziękuję, szukam dalej przejścia do wolności.

Podchodzę do dwójki. Wolna. Przede mną już się „nabija” babcia, taka poczciwinka, PIP-PIP-PIP. Ja apiać kapcie, chmiel i czekolada na bar, tym razem się uda. Stanęłam na paluszkach zobaczyć co się dzieje w szóstce. Danusia nadal nie dotarła. – Dobrze, stałabym tam do niedzieli.

PIP-PIP-PIP

- Ile ta ćwikła?

- sześć pięćdziesiąt proszę Pani.

- Ile?!

- Sześć pięćdziesiąt.

- To ja Panie nie chce.

- Dobrze, proszę o cierpliwość, zadzwonię po Danusię…

W tle Last Christmas Ajgejwjumajhart, lampki mrugają jak wściekłe, wielki Mikołaj na baterię trzęsie brodą pod lodówką Kroply Beskidu,  parska co rusz pod dwójką –HO, HO, HO.

Święta. Czuję to.Mhm, już tam jestem…

Kilka utrapień blogera.

Taki bloger nie ma łatwo. Chciał pisać na ładnej stronie, na wypożyczonym serwerze, anonimowo zabluźnić, wyzwać koleżankę z pracy, napisać szczerze, co czuje do cyganów, restauracji pod blokiem i czasem nawet coś sprzedać matce, co mu się względnie jego zdaniem udało, a tu kabOOm czyta Polska, pani ze sklepu, brat kolegi z pracy i cała stacja rozbioru wieprza w starej firmie teścia. Czyta Matka Dwójki, Ojciec Trójki i bezdzietni, korpo malkontenci, specjaliści od sprzedaży tapet i mechanik Marcin, ten, co blogerowi wymieniał lewy wahacz od Nissana w zeszły poniedziałek. Generalnie czyta się, a przecież o to blogerowi chodziło. Sieciowe życie stawia przed wszystkimi twórcami jedną bardzo ważną prawdę i obija nią twarze brutalnie co wpis, co wątek: jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, a każdemu tonę kremu między tyłek pchać nie warto, nie zdrowo. Z własnego podwórka sprzedaję dzisiaj kilka ulubionych problemów, po których jak mantrę pieszczę wdech – wydech, przewrót okiem 360 stopni i odpoczynek od internetu na dwadzieścia cztery godziny minimum.

1. Niewłaściwe lokowanie zainteresowania przez odbiorcę.

Już tłumaczę. Prowadzisz bloga o wdzięcznym tytule: „Najciekawsze zbiorniki retencyjne w Polsce.” Interesujący piece of art, nie ma co. Na pewno dla Ciebie, skoro o tym piszesz. Właśnie pracujesz nad tekstem: „Przeciwdziałanie skutkom odpływu wód opadowych na terenach górskich. Zwiększenie retencji i utrzymanie potoków oraz związanej z nimi infrastruktury w dobrym stanie”. Rzeźbisz elaborat na miarę trzech części „Władcy Pierścieni” o spowolnieniu odpływu wód z terenów górskich, o ratowaniu fauny i flory w Tatrach, o smutnych Juhasach i owcach z ciągle namokniętymi racicami. Tłumaczysz od czterech stron zapisu Microsoft Word czcionką dwunastką, dlaczego warto budować zbiorniki retencyjne utrzymujące właściwy stan techniczny istniejącej infrastruktury hydrotechnicznej, bo zjadłeś na tym zęby i wiesz, po prostu. Dajesz wykresy, pivoty, mrygające awatary, bibliografię jak na maturze. Dobijasz godziny pierwszej w nocy z ostatnimi literami, kliknięciami, z dumy zaraz Ci mózg uchem wyskoczy, wydaje Ci się, że stworzyłeś dzieło życia i prawdopodobnie wiesz co czuł Michał Anioł gruntując ostatnim machnięciem pędzla „Stworzeniem Adama” w Kaplicy Sykstyńskiej. Czekasz na pierwszy odzew ze strony czytelników. Jest! Doszedł! Komentarz czytelnika, ciemna noc, w tle, w kuchni tyka głośno plastikowy zegar w kształcie czajnika, czujesz ekscytację:

1:00:07

„U Nas Warta taka zamulona, że Panie nawet płoci nie szarpniesz. Bida piszczy, że aż boli, też by się takie sprzątanie dna zdało Panie, a nie takie lisy cienkie, jak się weźmie pod światło to ino kręgosłup widać i wszystkie ości . Ni to pogłaskać ni łba uwalić, eh. Warta nic nie Warta. Pozdrawiam, Marian”

                                                                                                      ~Marian, Nadleśnictwo Babki

1:01:02

„@Marian „Ino”? Pan w ogóle zna zasady pisowni języka polskiego w stopniu podstawowym?

                                                                                                         ~Polonistka_Wałbrzych

1:04:00

„@Marian Nie pierdol. Jak się wędki złapać nie umie to się w domu zostaje i się kobitę po plecach drapie.”

                                                                                                              ~RobertGrubaRyba

1:40.10

„@Marian, nie rozumiem skąd ta opinia. Ja bardzo lubię Wartę. Ostatnio jeżdżę za tamę na Jeziorsku i mam wyniki jak nigdy w życiu . Od kilku ładnych lat poławiam w okolicach Sieradza – na przedwiośniu oraz wiosną biorą piękne jazie , płocie, klenie . @Marian, pooglądaj Discovery i się doucz pajacu.”

                                                                                                              ~Użytkownik12345678

8:04:56

„Jakie racice? Owce mają racice? A nie kopyta? Fajnie, że owce mają racice no jak Boga kocham. A nie kopyta?”

                                                                                                       ~PrzedMaturą_Amelia1997

Nagle Twój doktorat idzie w pizdu, a czytelnicy bloga przez następne czterdzieści osiem godziny rozmawiają o połowie płoci i leszcza, o których nawet nie wspomniałeś w materiale oraz cisną dissy na Mariana i jego matkę. Kobiety wymieniają się namiarami na tanie kwatery na Podhalu i przepisem na idealną kwaśnicę, maturzyści nerwowo wertują kartki podręcznika do biologii sprawdzając, na czym faktycznie chodzi owca. Krew cię zalewa, zamykasz laptopa kwitując z machnięciem ręki: „Aaa pies to jebał”.

2. Dopisywanie wątków, których nie ma.

Ja, że obcięłam pierworodnej krzywo grzywkę, bo się niefortunnie poruszyła na toalecie, ktoś, że jestem homofobem, bo nazwałam zaczes na „Zbuntowaną lesbijkę po trepanacji czaszki”. Mało tego nazwijmy mnie chytrą babą z Marysina, bo pożałowałam dwadzieścia złotych na profesjonalne usługi. Generalnie nie kocham swojego dziecka i oszpeciłam ją celowo, bo była za ładna i przyćmiewała mój blichtr. Następuje potok zdań o wychowaniu w tolerancji, a właściwie jej braku, o świadomym mniej lub bardziej krzywdzeniu córki, z otchłani, nieśmiało wyłaniają się znajomi znajomych co mają znajomych po faktycznej trepanacji czaszki, którzy zawiesili nosy na kwintę i walnęli dożywotniego focha - ekhm, trepanacja czaszki, nieśmieszne. Prowadzisz bloga sadowniczego, w którym hołubisz polskie jabłka „Delikates” bo dwadzieścia hektarów sadu przekazał Ci w spadku dziadek, ale na pewno nie zainwestowałeś w szwajcarski Arlet, albo niemiecką Renetę Landsberską, bo jesteś biedna jak Gmina Łukowica, a koszt importu nasion od wschodnich sąsiadów pociągnąłby Ciebie i biznes na dno. Pokazujesz na Instagramie, jak dziecko uroczo gaworzy/gada w wieku dwóch lat nad butelką mleka? Tylko czekaj jak przyjdzie Zła Wróżka Zębuszka i porazi Ci łapy prądem następnym razem, kiedy wpadnie do głowy ten idiotyczny pomysł karmienia tak dużego i rozwiniętego dziecka butelką. ZE SMOCZKIEM! MLEKIEM!

3. Oko na szczegóły, tzw. eye for detail.

Na swoim fotoblogu właśnie umieściłaś własnoręcznie zerwane z latarni pod klatką ogłoszenie, które trzymasz w dłoni, pisane odręcznie przez jakiegoś grafomana, o tym, jak anonimowo skupuje zdjęcia z komunii dzieci, najlepiej z przebieralni przyparafialnej. Pod zdjęciem piszesz, że „skandal”, „szok”, „bardzo podejrzana sprawa”, „łapać psychola”, a ~Ela_z_Krakowa i tak zauważy, że od trzech tygodni nie uzupełniłaś akrylu na paznokciach i że o odrost warto zadbać.

4. Niezgodność światopoglądowa na kanale autor vs. czytelnik.

Zazwyczaj piszesz grzecznie i ku pokrzepieniu serc, starannie ważysz słowa zanim opublikujesz na forum, ale dzisiaj wyjątkowo nerwy wzięły górę i pochwaliłeś się niechęcią do publicznego karmienia piersią przez tłuste kobiety. Nie spodziewałeś się nawet, że istnieje tyle różnych słów, żeby grzecznie wyzwać Cię od kutasa, ale już na pewno nie mogłeś przewidzieć, że ~TakaAnia85 tego się po Tobie nie spodziewała”. Nagle zaczynasz się zastanawiać, kiedy z Anią wypiliście litra na dwoje i skakaliście po maskach zaparkowanych przed blokiem Twojej Matki samochodów, bo skoro „się nie spodziewała”, to musi coś o Tobie wiedzieć i pamięta, jak zachowujesz się w sytuacjach upojenia alkoholowego. W końcu Ania komentuje już od pięciu wpisów, nie bagatelizuj tego pismaku. Ta sama zasada ma zastosowanie w przypadku przeżytych doświadczeń i Twoich subiektywnych odczuć. Niemożliwe, że pomidorowa z makaronem jest lepsza od tej z ryżem czyjejś babci i nie wciskaj ludziom kitu, kłamco blogerze od siedmiu boleści. Poród przez cesarskie cięcie jest zajebisty, ponieważ masz pewność, że nie narobisz na czoło własnemu dziecku, ciąże z urzędu są uduchowione i mistyczne, a obwisły brzuch z kilogramem rozstępów post factum zrobiłaś sobie na własne życzenie, jako, że nie wyginałaś interwału od Chodakowskiej dwa razy dziennie. Wszystko co piszesz i publikujesz to propaganda i na pewno opłacają Cię offowe środowiska buntownicze.

5. Hejt.

Nie wiem jak grzeczniej nazwać hejt niż „Niekontrolowane wyrażenie opinii komentującego, niekoniecznie grające na jednej płaszczyźnie z poziomem jego IQ, albowiem bywają hejterzy elokwentni, mające na celu wysmarowanie kakałem wszystkiego, co napisałeś/ stworzyłeś w imię ideologii, której nie ma, tzw. pospolity ból dupy”. Hejt już dawno został przeze mnie sklasyfikowany tu (KLIK), a jedyne co mogę dodać ze swojej strony, to to, że złodziej, zwykła Cebula, który okradł mi dziecko z zimowych ubrań, zabawek i książek pół roku temu, nie był opłaconym producentem markowej odzieży dziecięcej i niestety, ku niezadowoleniu wielu, nie dostałam darmowych kurtek w rozmiarze 96 cm. od Tommy Hilfigera w barterze. :(

6. Przesympatyczne wyrazy uznania z zaskoczenia.

Zaczynając od początku – dla blogera to bardzo miłe chwile, kiedy ktoś chce uścisnąć blogerowi rękę bo lubi, czyta i szanuje, aaale: w związku z tym bloger musi być zawsze umyty, nienagannie ubrany, umalowany (o ile jest kobietą), nienajebany i nie może kłócić się z mężem/żoną w publicznych placówkach lub na ulicach miasta. Bloger nie wie kiedy złapie go Pani na mięsnym i pomacha zza kiełbasy życząc samych pomyślności dla niego i rodziny, nie wie też, kiedy da wyraz niezgodności swoich opinii publikowanych w sieci z rzeczywistością. Bloger nie chce, żeby go wyśmiano na „Pudelku”, wiadomo.

7. Zabłąkane owce.

Zjawisko, w którym na wyszukiwane przez wyposzczonego czytelnika w Google hasło „gorrrąca jak bułeczka” wyskakuje Twój blog kulinarny, w którym codziennie tworzysz nowy chleb i ciasta. Czytelnik nie tego się spodziewał, już na pewno nie tego szukał. W związku z tym, że jesteś mężczyzną, masz trzydzieści jeden lat, w awatarze bloga umieściłeś siebie w fartuchu z nadrukiem cupcake’a i hobbystycznie pieczesz, dowiesz się jaki jesteś nudny, na pewno samotny pedał (skoro nie masz kumpli na piwo i setę cytrynówki), który ugniata ciasto i wciska w nie rodzynki. ~Napalonyżyrardów29 się Tobą oficjalnie brzydzi i radzi, żebyś dłużej nie podążał tą drogą.

Występuje najprawdopodobniej trzysta razy tyle zjawisk, z którymi na co dzień spotykają się ludzie tworzący w sieci, a których nie nazwałam z imienia i nazwiska, nie nadałam numeru ewidencyjnego. Czekam z utęsknieniem na komentarz, w którym dowiem się, że przecież świadomie się sprzedajemy szerokiej publiczności, wystawiamy własne słowa na zbiorowe biczowanie, a ja nie mam Nissana, więc po co piszę o lewym wahaczu. Pisząc/ tworząc otwarcie warto się zastanowić nad jedną istotną kwestią zanim naciśnie się wielki, czerwony guzik z napisem „ŚLIJ” – czy to, co mam za chwilę zamiar opublikować, idzie w parze ze mną, moim systemem wartości i tym, kim jestem? Jeżeli tak to

MAKE BLOG, NOT WAR.

Peace.

Do Świętego Mikołaja.

Kochany Święty Mikołaju,

W tym roku starałam się być grzeczna. Bardzo mało bluźniłam na auto rozkraczone w ciemnej ulicy, próbowałam  nie mówić do męża brzydko, że mi tego auta wcześniej nie naprawił, a przecież przebąkiwałam, że kaszle od dłuższego czasu. Uderzyłam w kierownicę pięścią tylko dwieście razy, wszystkie Panie w kapeluszach, które nie czytają znaków drogowych wyzywałam przy zamkniętym oknie, więc nie miało prawa być im przykro, sam rozumiesz. To i tak mniej niż w zeszłym roku, kiedy w okresie przedświątecznym, posyłając dziecko pierwszy raz do żłobka, co najmniej trzy razy w tygodniu targałam kloca na rękach, bo Astra pokazywała mi dupę i środkowy palec.

Kiedy córka mazała ściany kolejny raz w tygodniu w chwilę matczynej nieuwagi, mazakiem niezmywalnym, takim chyba do zapisywania inicjałów na stacjach badawczych poza układem słonecznym, na kształt:  „Tu byłem – Adam”, toczyłam jedynie żółta pianę z kącików ust i ostentacyjnie zamykałam drzwi od kibla przed spazmującym potomkiem, żeby w samotności zapłakać nad swoim losem po cichutku,  siedząc na muszli z zamkniętą deską. Ale ani nie nakrzyczałam, ani nie wystawiłam nago za okno. Nie straszyłam cyganami nawet.  Świeciłam przykładem.

Kiedy poszliśmy na USG zobaczyć syna, a Krystyna odstawiła scenę pod drzwiami doktora tarzając się we łzach na myśl o zakazanym przez nas przed kolacją  landrynku, prując się z pół godziny „AM! AM! AM!”, próbowaliśmy z mężem, przed wszystkimi pierworódkami  tak dzielnie się jeszcze uśmiechającymi, rozładować atmosferę  i w myśl polityki prorodzinnej, żeby ich nie zniechęcać zanim się na dobre zacznie, GG zażartował: „Nie rycz. Przecież nie jadłaś dopiero od trzech dni”. Ty wiesz Mikołaju, że nikt się w tej przychodni nie zaśmiał?  Kiedy się Rysia zaczęła w nienawiści do matki rozbierać z ubrań, a kolor twarzy złapała dojrzałej  śliwki, uśmiech z buzi jednej ciężarnej odpadł jak źle przyklejony, sylwestrowy paznokieć. Możliwe, że zniszczyliśmy jej światopogląd, ale staraliśmy się, serio.

Rok bity dzielnie obierałam banany maczając je w cieście z mąki ryżowej, bezglutenowej, takiej w penisy zdrowej, żeby później pół dnia smażyć placuszki, racuszki i inne zachęcające do jedzenia kosmiczne kształty, którymi nawet na dwie minuty nie zainteresowało się dziecko wchodzące w okres suchego chleba i wody, jak dla konia. Ale pieściłam te jabłka! Obierałam ze skórki gruszki. Chodziłam po sklepach fit w poszukiwaniu ksylitolu,  na głowie stawałam, starałam się…

Pchając auto z górki, pod żłobkiem, w szóstym miesiącu ciąży i wtaczając się do niego w biegu, też przemilczałam. Nauczyłam się startować z dwójki, wiem jak holować na linkę… TYLE DOBREGO ZROBIŁAM DLA SIEBIE I INNYCH W TYM ROKU.

Mikołaju!

A ty mi tu wymianę pieca zsyłasz, z węglowego na gazowy.  Dobrze, bo ciepło będzie i człowiek jak wędzona świnia nie będzie po paleniu trącił cały dzień, ale te wycieki gazu w instalacji to za co? Wymianę rur w całym domu, co to miało jej nie być,  a pochłonęła jedną trzecią funduszu studenckiego dzieci,  w jakim celu dostałam? Rozpruty sufit, rozkręcone meble w kuchni na trzy tygodnie przed Jezusem, bułkę z pasztetem przy trampku majstra. No co jest, kurwa?! I remont. Remont mi dałeś w podzięce, cudownie. Ostatni rząd płytek na podłodze okazał się być innego koloru, trzeba dokupić, ściany krzywe, że małego psa by Majster na siłę między te kafle wcisnął, tu się rozwaliło, tam się nie trzyma, tu za długie, tam za krótkie, tam dociąć, tu ulepić z gliny, tu się wzięło i zesrało, gdzie są noże i widelce? Do tego biegunka plus wymioty u Krystyny, obowiązkowa ewakuacja ze żłobka, szpital na peryferiach  przy sztukowanym suficie i gładzi, odparzony rów mariacki dwulatki, ryk, „mama szczypie!”, upośledzony pies podkradający ścinki kafli 60×60 ważących, co pół jego samego. Wysikać się nie ma gdzie bo drzwi wystawione, kubki od kawy sprzed tygodnia zaczynają zielenieć. I zjeść nie ma co. I same brudne gacie już tylko mam. A tu się choinka u sąsiadki w oknie żarzy przypominając, w jak bardzo ciemnej koziej jestem. Matko kochano, idż Pan!

No.

Z  tym szpitalem dla Matki to chciałeś już przekombinować.

Myślałeś, że jak mnie ta pokrystynowa sraczka dopadnie z wymiotami to ja się załamię i odmówię współpracy. Ja w tej sprawie właściwie piszę do Ciebie Siwy Cepie, podziękować chciałam. Nie pamiętam kiedy tyle spałam. Takiej ciszy, jak ta na oddziale w przeciągu ostatniej doby, nie słyszałam od trzech lat. Nikt mi się nie pchał do łóżka, nikt się nie sfajdał w nocy, nikt nie chciał na ręce, mleczka, jajeczka, nikt nie łapał za cycka mrucząc, że coś tam ode mnie chce. Boże! Dopiłam ciepłą herbatę i sama w spokoju pogryzłam kanapkę, a że mnie osobno na sali położyli w obawie przed prątkowaniem, to i telewizor na monety pooglądałam, Sagę Zmierzch odsmażyłam na bardzo głośno w związku z tym, że ja już niedosłyszę, rano się wykąpałam. W ościeżnicy stały drzwi. Drzwi takie zamykane!  Luksusy, że byłam w stanie sztukowane płytki z lat sześćdziesiątych pod prysznicem pomacać w podzięce. Nikt się nie darł, że chce do środka. OGOLIŁAM NOGI na spokojnie, nie metodą gdzie trafię tam nie będzie. Teraz czekam na obiad, zaraz spać. Tak, tak, znowu. SAMA! Donoszą żarcie, podają do łóżka, nie trzeba nikomu czyścić uszu i obcinać paznokci, pytają się mnie trzy razy dziennie czy mi dobrze i jak się czuję. Ostatni raz mnie pytano o takie rzeczy, jak Krystyna na moją  gołą stopę najechała hulajnogą, albo,  kiedy zerwałam paznokieć w wesołym miasteczku w Łebie, łapiąc cudzego gnoja na zjeżdżalni.

Kochany Święty,

Do pełni szczęścia już tylko widoku na morze mi brak, pisku mew, piwa z pianką.  Ale nie będę zachłanna, i tak poleciałeś po bandzie.  Pozdrawiam z oddziału położniczego, odgłos rodzących się w nocy dzieci jest jak muzyka dla moich uszu…  Podarowałeś SPA na koszt podatnika. Szacunek. Widzimy się na gwiazdkę.

 

Matka

 

 

Pociąg.

Codziennie rano jeżdżę w luksusowym pociągu. Ciepło w nim i nie wieje, zawsze dojeżdża na czas, na miejsce, w pełnym składzie. Pociąg mój zasilają najzimniejsze kopyta na świecie. Te, co się bladym świtem przebudziły i przybiegły do mojego wagonu. Pociąg otwieram jedną ręką zapraszając zmarzniętych gości. I wciskam ich między siebie a konduktora Ojca. Ten przekręca się do ściany wytyczając kierunek jazdy. Do pleców jak rzep, mały zmarznięty glonojad, wtula się dziecko. Do dziecka Matka. Ostatnia zamyka za wszystkimi drzwi, kołdra na łeb, łapa na Ojca i Młode.  I tak jadą wtuleni na ostatnią godzinę przed dzwonkiem, zanim telefony pod łóżkiem, stołem i  szafą zawyją wściekle, goniąc życie do życia.

Co z tymi synami?

Siedząc w Strarbucksie, zapijając piernikowe late w cenach warszawskich (chyba pozłacana pianka jak Boga kocham)  o uszy obiła mi się rozmowa. Dwóch Panów, wiek 30 +/-, dyskutujących o obijaniu sobie ryja i dziewczynach, przerabiało zestaw przygód z całego miesiąca. Jako, że jestem kobietą i nawet w dorosłym życiu ciężko mi zawsze rozumieć decyzje i wybory mężczyzn, tym bardziej zwiesiłam kwaśną minę nad wielkim, białym kubkiem nosząc pod sercem chłopca i pomyślałam – „synu, jak mam Ciebie wychować. Przecież ja totalnie nic nie wiem o świecie jądrzaków”.

Z dziewczynką szło mi łatwiej. Oprócz tego, że zanim ją urodziłam moje doświadczenie rodzicielskie zawieszało się na dzieciach znajomych i sporadycznych kilkunastominutowych nasiadówkach przy Barbie, to cała reszta wynikająca ze społecznego przystosowania córki do świata miała pochodzić z moich kobiecych doświadczeń. W końcu przeżyłam w tym ciele trochę lat i percepcja postrzegania drogi z perspektywy cycka i muszelki nie była mi w ogóle obca. Kilka sztuczek mogłabym jej sprzedać, od kilku błędów starać się uchronić, kilka historii przepłakanych zrozumieć. Jakieś pożary przeżyłam, byłam tam, przerobiłam temat, coś w głowie zostało. Gdyby kiedyś przyszła i oznajmiła, że nie wie, co robić i jak, wyszukałabym w głębokim worku wszystkich własnych historii tej analogicznej i sprzedałabym doświadczenie. Jak się nie przyda – trudno, jak zatwardzi dupę gnoja chociaż na chwilę – super.

Ironio!! O syna boję się dwieście razy mocniej mimo tego, że podobno to w przypadku chłopca pilnuje się tylko jego, a w przypadku dziewcząt całego miasta. Boje się, że nie będę wiedziała jak radzić sobie z męskim testosteronem i następstwami, jakie nieujarzmiony za sobą niesie. Po głowie chodzi mi non stop pakowanie się w sytuacje do obicia twarzy i tańce koguta w miejscach, o które nawet nie powinien się obetrzeć. Miałam kolegów, widziałam na własne oczy jaki niekontrolowany rollercoaster nimi wiedzie. Oprócz porządnego wpierdolu, który chyba każdy mężczyzna w życiu musi odhaczyć,  martwiłabym się, że jako kobieta nie będę w stanie sprzedać synowi takiego szacunku do kobiet, którego sama oczekuję. Nie mam doświadczenia w wypożyczaniu emocji. Ciężko odnaleźć się w skórze zająca będąc myśliwym. Nie chciałabym patrzeć jak jego niedoszlifowane zachowania sprawiają, że komuś jest źle, tym bardziej stawiam sobie wychowawczą poprzeczkę tak niebotycznie wysoko, że nie wiem czy będę kiedykolwiek przez nią w stanie przeskoczyć. Osiwieje.

Finalnie i niemniej w tym całym zamieszaniu, bardzo, bardzo egoistycznie drżę wręcz, że mnie kiedyś zostawi. Puści moje długo i starannie dłubane z gałęzi gniazo, na poczet innej kobiety. Dużo młodszej. Piękniejszej. Spełniającej jego życiowe oczekiwania, która naturalnie da mu to, czego ja nie będę w stanie zapewnić. Nie będę miała nic do powiedzenia i te zaklejona usta śnią mi się po nocy. W historii z noszeniem chłopca w tle puka mi do oczu zaniepokojenie, że nie pieszczę go dla siebie i że kiedyś może być mi niesamowicie smutno.

A ja nie chcę być taką matką złą. Nie chce być nieszczęśliwa i zazdrosna. I co teraz?

Rankig dziesięciu punktów w pigułce, dlaczego warto zrozumieć bezdzietnych znajomych.

Z cierpliwością do dzieci jest mniej więcej tak, że do swoich ma się tyle, co do dwudziestu Jehowych stojących pod drzwiami mówiącymi jednocześnie, a na cudze najchętniej nosiłby człowiek przy sobie siatkę, podręczną butelkę po Nałęczowiance uzupełnioną benzyną i paczkę zapałek sztormowych, niegasnących nawet przy najmocniejszym wietrze, na wszelki.

Dla przykładu, nie mając dzieci, patrząc na slalom biednych, udręczonych ludzi, którym z premedytacją jakiś penis od sprzedaży rozstawił w hipermarkecie regały z zabawkami na trasie, którą zmuszony jesteś pokonać : wejście na sklep – pieczywo, nie można podejść do tematu „na lekko”. Wiedząc doskonale jakie batalie,  odsiecze wiedeńskie i bitwy pod Grunwaldem przyjdzie stoczyć, nie ma opcji, żeby przy zdrowym rozumie, patrząc na wszystko z boku, chcieć dziecka ot tak, po prostu. Kto, oprócz chronicznie chorych masochistów, zdecydowałby się na belzebuba w rozmiarze buta dwadzieścia, który zdążył już wytarzać się między stojakiem z kolejką LEGO, jakimiś pierdziawkami od Fisher Price’a plus napluć na siebie i wszystkie półki dookoła?

Nikt. Może jedynie doświadczony egzorcysta filantrop.

Tym bardziej nie dziwię się często, dlaczego ludzie z mojego otoczenia zapobiegawczo podchodzą do tematu dziecka i niewielu (póki co) dokonuje świadomego zrywu chcąc podzielić mój los. Ranking powodów, dla których trudno czasem „chcieć” tworzy się sam, na podstawie codziennych, rodzicielskich doświadczeń. Dziesięć punktów w pigułce, dlaczego warto zrozumieć bezdzietnych.

  1. Opętanie w sklepie.

Samo w sobie wygląda strasznie, jak się głowa dzieciakowi w amoku obraca o 360 stopni. Raz na Barbie raz na Kuca Ponny, raz na świąteczny zestaw Kinder czekolady pakowanej w pudła jak po telewizorze. Beznadziejny przypadek zaczyna się jeszcze mocniej komplikować, kiedy nie miałaś złotówki na jeżdżącą klatkę na małpy, a synek zamiast w zasiekach z logo marketu za wszelką cenę chce nieść twój koszyk. Jakże uroczo, panie sikają z zachwytu w gacie, kasjerki zalotnie przeczesują wąsik. – O mój Boże zabieram do domu!  Grażyna zobacz, no jak nie kochać?! Kochać. Do pierwszej zmiany zaplanowanej przez dziecko trasy, kiedy zamiast oglądać upośledzone, marketowe pluszaki w rozmiarze krasnali ogrodowych, którym jedno oko na Maroko, drugie na Gdynię, postanawiasz iść na wędlinę. Prosisz ładnie, konsultujesz wyjścia, pierdolisz coś, że jeszcze wrócisz do tych paskud z pluszu (kłamczucho Ty!), ale niestety strateg z ciebie żaden. Finalnie tak czy inaczej  kochane Młode ląduje nową kurtką na posadzce, kręci rozety pod paletą z Pepsi w promocji a Ty, niedobra matko Ty, łapiesz za rękę zagryzając własne zęby i pomagasz dziecku delikatnie dotrzeć na kiełbasę. Delikatnie czyli pół centymetra nad ziemią. Od centymetra to już przemoc, pamiętaj.

2. Słowna zawiecha.

Ten stan, kiedy dziecko wkręci sobie jedno słowo i powtarza je bez stopu, zapętlone przez czas mierzony w godzinach. Np. „piciu”, albo „mamo”, albo „wujo”, bo akurat był wczoraj, dawno pojechał, ale, że się dziecku przypomniało na wieczornym nocniku, że był, to sobie go trochę poprzywołuje. Trochę, czyli do histerycznego płaczu w środku nocy, że dlaczego go nie ma, a powinien. Jest to bardzo proste badanie cierpliwości dorosłego człowieka. Proste, dla rodziców, bo na treningi uczęszczają dzień w dzień, gorzej z weekendowymi ciociami, babciami i sąsiadkami przez siatkę, które nieświadome zaliczają słowną przepychankę kończąc kapitulacją. „Słowna zawiecha” w wykonaniu matek wygląda mniej więcej tak:

 

- Mama, mama, mama, mama, mama, mamo, mama, mama…

- słucham?

- cześć.

- No cześć.

.

.

.

- Mama, mama, mama, mama, mama, mamo, mama, mama…

- Tak?

- Maaaaama, mamo, mamo, mamuś, mama, mamo…

- Słucham?

- cześć.

-Cześć.

.

.

.

- Mama, mama, mama, mamo, mama, mamuś, mama, mamooo…mama…..

- Tak kochanie?

- Cześć.

-ta, ta, Cześć… majonez jeszcze, muszę majonez kupić i szczypiorek… jajka już mam. A! Pomidory kurde, zapomniałabym! No właśnie, gdzie są te pomidory…

.

.

.

- Mama, mama, mama, mamo, mama, mamuś, mama, mamooo…mama….. itd.

Matki tak mogą do porzygu, serio. Na zewnątrz ludzie strzelają sobie między oczy po trzecim powtórzeniu, a matki cisną rekordy. Słuchając podobnych konwersacji na cudzych dzieciach, masz ochotę po prostu podejść i mocno się zamachnąć. „Zewnętrzni” psychicznie przegrywają na samym początku trasy. To jest bardzo normalne zjawisko.

3. Histeria na mieście.

Najlepiej jak pada, toniesz po łydki w siajsiorce z deszczu, błota i psich kup, a  Twoje dwunastokilogramowe dziecko w ramach buntu nie usztywnia nóg w kolanach po wyciągnięciu z auta i robi się jak z waty. Nie chce iść, nie chce stać, nie chce generalnie wszystkiego, co zaproponujesz, stawiając cię tym samym na przegranej pozycji. Próbując dźwignąć kloca, gdzie spadająca z ramienia torba już dwa razy niemalże dała Ci w twarz, a drzwi od auta przypadkowo nie zablokowały się w zawiasie i zamknęły  się na twoim płaszczu, zaczynasz mówić brzydko. Bardzo brzydko. Chcąc nie chcąc rozbierasz w przepychance tak staranie w domu ubierane dziecko, podkoszulki rolują się pod pachy gnoja, spodnie opadają, i stoicie tak sobie, a właściwie dyndacie, z nerkami, cyckami i płucami na wierzchu na dwustopniowym mrozie. Co rusz babcie w trosce pytają Cię, czy dziecku przypadkiem nie zimno w razie, gdybyś nie zauważyła, że młodzież nago tarza się pod drzwiami Twojego samochodu i uspokajają po swojemu historiami „a może pójdziesz ze mną dziewczynko, co”? A bierz Pani! Tylko bez reklamacji. Kto zdrowy psychicznie chciałby podzielić ten przypadek? Jacyś chętni? Tak myślałam.

4. Niezdecydowanie pokarmowe.

Najpierw nie je nic przez dzień cały, gdzie proponowałaś najprawdopodobniej wszystko, od jajek na miękko po Nutellę, zahaczając ogórkową i placki z jabłkiem po drodze – NIC NIE JE, żeby siedząc w koszyku w Lidlu wymamrotać „banana!” trzysta razy na minutę (patrz punkt 2.) Proponujesz bułkę w zamian, bo banany niezważone, opowiadasz historię o tym, co zjecie jak wyjdziecie i że trzeba poczekać, bo mamusia nie zapłaciła. W głowie układasz tak kosmiczne historie żeby zakleić te młodociane usta, że sam Tolkien przybiłby Ci piątkę w zachwycie. Dziecko swoje – BANANAAAA! Banana! Banana! Banana! Banana! Banana! Banana! Banana! Jak Cyganka więc zawijasz go w płaszcz, odrywasz dupkę, zanim ktoś podejdzie i trzaśnie dziecku w plecy myśląc, że się zawiesiło, rwiesz kawałek dla świętego spokoju, najwyżej złapie Cię pan przy kasie i najesz się wstydu, życie.  Podajesz córce.

- Proszę.

- Nie chcę.

5. Tony w płaczu.

Hardcore dla najwytrwalszych. Dźwięki wydawane w Twojej kuchni w centralnej Polsce, odbierane przez delfiny na słonecznym wybrzeżu Florydy. Przestawiające szklanki, łamiące żebra, tony rozpaczy. Połączenie skrobania pazurem po tablicy, koszenia trawy letnim porankiem pod twoim otwartym balkonem i wiertarki udarowej podczas remontu u sąsiada, szósta dwadzieścia rano, sobota. Sama wyłączasz się na wysokich partiach, ale po godzinie jęków zarzynanego zwierzęcia masz serdecznie dosyć życia. Jak mocno zatem może rozumieć Cię student Jacek, wracający z wami z uczelni, w jednym przedziale pociągu relacji Warszawa – Wrocław? Ubij. Ubij to Pani zanim złoży jaja.

6. Wyczucie czasu.

Zima, ubrań masz na sobie tonę, tyle samo zakładasz dziecku. Pocisz się jak prosię, z każdej dziury cieknie. Młode body, rajstopy, bluzy, spodnie na polarze albo kombinezon. Do tego buty za kostkę jak narciarskie plastiki, czapka z pomponem i szalik z wełny jaka. Morda wysmarowana tłustym kremem, że rzęs nie może Młode odkleić, widać zza zasiek jedynie mały, sterczący nos.

- Dobra, idziemy!

- Kupę.

7. Picasso po przejściach.

Właśnie skończyłaś remont. Gładzie masz takie, że przejrzeć się w nich można. Jeszcze farba dobrze nie wyschła, jeszcze tynk wybierasz spomiędzy palców. Nie chcesz nawet myśleć ile wydałaś kasy, jakoś to będzie, ważne że urywa dupsko i nareszcie można zaprosić ludzi. Oprowadzasz po kątach, paluszkiem jedziesz po frontach na wysoki połysk jak Małgorzata Rozenek, żeby ku zdumieniu własnemu i gości odkryć na ścianie wymazany, falliczny bohomaz. Fakt, przecież razem z meblami w szwedzkim molochu kupiłaś córeczce nowe mazaczki. Brawo mamo, dobre serce masz, a za dobre Pani Bozia wynagradza z nawiązką.

Bóg zapłać dzieciątko.

8. Plamy.

Tłumaczenie znajomym, że zalana na biało kanapa w pokoju to mleko dziecka, a nie płyny ustrojowe męża,  zaczyna cię już nudzić. Oni nadal wierzą w to, że jurnie kłamiesz. Nadal szukają podtekstu, upatrując w was nieźle zdemoralizowaną parę. A Ty najprościej w świecie nie zdążyłaś po raz kolejny wyprać narzuty, z resztą, czy ma to jakikolwiek sens? Jak nie mleko to wylana herbata, jak nie herbata to „o-oł siusiu mamo”. Plamy jeszcze długo cię nie opuszczą. Życie pedanta obok dwuletniego dziecka skończyłoby się niewyobrażalną schizofrenią samego pedanta. For sure.

9. Food truck w Twoim samochodzie.

Żebyś nie wiem jak często sprzątała własnePorshe Cayenne, zawsze znajdzie się w nim rozmaślony, kukurydziany chrupek, żelek za pasem albo rozsypane słone paluszki po wycieczce do Kazimierza. Latem mrówki bajabongo i smród fermentującego za fotelem jabłka. Generalnie bród, nędza i malaria. Porozrzucane części od zabawek, Barbie po trepanacji czaszki i makeupie oka permanentnym markerem, obrzygany gryzak za daleko upchany w gardle gdzieś po drodze,  tarzające  się naprzemiennie w stosach brudnych gaci ze żłobka, do prania. Do tego zapomnij o „braniu” na czerwonym, stojąc twarzą w twarz z  przystojnym jegomościem, w samochodzie z oknami tak skrupulatnie obklejonymi przez Kubusia Puchatka, Elzę z Krainy Lodu albo Zygzaka Mcgueena. W razie gdyby jakimś cudem nie dostrzegł obrandowania auta, na wszelki wypadek obwieś się jeszcze naklejkami „baby on board”,  „jedzie z nami Staś”, albo „w bliźniakach siła”. To podkręci jego wyobraźnię.

10. Uwstecznienie.

Obserwujący Twoje z natury inteligentne zachowania znajomi, pamiętający Cię z czasów studiów, przygotowań do matury, recytacji Inwokacji i tym podobnych, intelektualnych uniesień, nie mogą zebrać szczęki z podłogi widząc, jak tańczysz triumfalnie z mężem wokół totemu zostawionego przez Twoje dziecko w nocniku. Modły do klocka, zajebiście. Otwierając trzecie piwo, zastanawiając się, gdzie na drodze ewolucji „nie poszło”, nie mogą wziąć rzeczywistości na trzeźwo. Kiedyś dostawałaś w szkolnym teatrze główne role, teraz tańczysz do stolca. Pytając się, czy słyszałaś już nową płytę Adele przyznajesz, że niekoniecznie, ale chwalisz się, że Grzegorz Turnau wypuścił lulanki usypianki na Spotify. I co? Chwała mu za to!

Przewrotnie cierpliwość człowieka rozciąga się jak z gumy, a przytoczone sytuacje już raz przerobione schodzą z tonu i zaczynają być „do przeżycia”. „Niewyobrażalne” staje się „codzienne”, a ty odgrażająca się na prawo i lewo, jak ci źle, zaczynasz po cichu planować kolejne dziecko. Mało tego, dobrze Ci w życiu z tymi dziesięcioma punktami. Natura to niezła lawirantka. Warto się wzajemnie w świecie rozumieć i nie wystawiać na pokuszenie znając tematu awers i rewers. Rodzice z dziećmi i wolne ptaki bez zmartwień – szanujcie się. No to zdrówko, pod to wspólne zrozumienie!

Love, peace i dużo cierpliwości.

Różnica między mężczyzną a kobietą na podstawie bardzo krótkiej historii o przewijaniu pampersa.

Wieczór, noc właściwie. Nieśpiąca jeszcze córka, wiercąca się w swoim małym, białym więzieniu z Ikei, oznajmia na cały głos, że w gaciach śmierdzi. Wcześniej dłużej niż dziesięć minut pozostawała w łóżeczkowym bezruchu, co w normalnych warunkach oznacza nadchodzącą kapitulację, sen i święty spokój. Wieści z frontu wywarły w rodzicach głębokie wyrazy niezadowolenia – trzeba przebrać, rozbudzi się i kolejne godziny z głowy. A tu mężczyzna  już świeczki rozkręcał, muzykę nastawiał, dziwnie brew unosił.

Na ochotnika wyrwał się On sam. Wyciągnął młode z łóżka, zakasał rękawy, sprawdza. Widać mina nietęga, krzywi się Stary jakby własne gacie zmienić musiał, więc pyta go kobieta:

- I jak? Strasznie?

- Normalnie. – odsprzedał kobiecie słowotok wyjaśnień.

- No ale jak normalnie, przecież zeżarła dwa talerze ogórkowej i zapiła hektolitrami mleka, musiała być jakaś rewolucja. Kozie bobki? Krowi placek? Totalny durśfal? Czy nie ma już czego zbierać i powinnam szykować nową piżamę? Dasz radę? Może rozkręcać mycie zamiast mokrych chustek? No,  jak jest? Jaka kupa, halo, raportuj!

Mężczyzna zastygł w bezruchu nad wiercącymi się kopytami i na poły ściągniętym pampersem, delikatnie, powoli obrócił głowę w stronę kobiety zatrzymując bardzo głęboki kontakt wzrokowy, powietrze wpuścił i po czym zaczął wypuszczać, małym strumyczkiem nie za szybko, i przerywając expose kobiety na temat gęstości stolca córki oznajmił:

- Kochanie.

 

CISZA

 

- Gówno jest. Po prostu.