Rankig dziesięciu punktów w pigułce, dlaczego warto zrozumieć bezdzietnych znajomych.

Z cierpliwością do dzieci jest mniej więcej tak, że do swoich ma się tyle, co do dwudziestu Jehowych stojących pod drzwiami mówiącymi jednocześnie, a na cudze najchętniej nosiłby człowiek przy sobie siatkę, podręczną butelkę po Nałęczowiance uzupełnioną benzyną i paczkę zapałek sztormowych, niegasnących nawet przy najmocniejszym wietrze, na wszelki.

Dla przykładu, nie mając dzieci, patrząc na slalom biednych, udręczonych ludzi, którym z premedytacją jakiś penis od sprzedaży rozstawił w hipermarkecie regały z zabawkami na trasie, którą zmuszony jesteś pokonać : wejście na sklep – pieczywo, nie można podejść do tematu „na lekko”. Wiedząc doskonale jakie batalie,  odsiecze wiedeńskie i bitwy pod Grunwaldem przyjdzie stoczyć, nie ma opcji, żeby przy zdrowym rozumie, patrząc na wszystko z boku, chcieć dziecka ot tak, po prostu. Kto, oprócz chronicznie chorych masochistów, zdecydowałby się na belzebuba w rozmiarze buta dwadzieścia, który zdążył już wytarzać się między stojakiem z kolejką LEGO, jakimiś pierdziawkami od Fisher Price’a plus napluć na siebie i wszystkie półki dookoła?

Nikt. Może jedynie doświadczony egzorcysta filantrop.

Tym bardziej nie dziwię się często, dlaczego ludzie z mojego otoczenia zapobiegawczo podchodzą do tematu dziecka i niewielu (póki co) dokonuje świadomego zrywu chcąc podzielić mój los. Ranking powodów, dla których trudno czasem „chcieć” tworzy się sam, na podstawie codziennych, rodzicielskich doświadczeń. Dziesięć punktów w pigułce, dlaczego warto zrozumieć bezdzietnych.

  1. Opętanie w sklepie.

Samo w sobie wygląda strasznie, jak się głowa dzieciakowi w amoku obraca o 360 stopni. Raz na Barbie raz na Kuca Ponny, raz na świąteczny zestaw Kinder czekolady pakowanej w pudła jak po telewizorze. Beznadziejny przypadek zaczyna się jeszcze mocniej komplikować, kiedy nie miałaś złotówki na jeżdżącą klatkę na małpy, a synek zamiast w zasiekach z logo marketu za wszelką cenę chce nieść twój koszyk. Jakże uroczo, panie sikają z zachwytu w gacie, kasjerki zalotnie przeczesują wąsik. – O mój Boże zabieram do domu!  Grażyna zobacz, no jak nie kochać?! Kochać. Do pierwszej zmiany zaplanowanej przez dziecko trasy, kiedy zamiast oglądać upośledzone, marketowe pluszaki w rozmiarze krasnali ogrodowych, którym jedno oko na Maroko, drugie na Gdynię, postanawiasz iść na wędlinę. Prosisz ładnie, konsultujesz wyjścia, pierdolisz coś, że jeszcze wrócisz do tych paskud z pluszu (kłamczucho Ty!), ale niestety strateg z ciebie żaden. Finalnie tak czy inaczej  kochane Młode ląduje nową kurtką na posadzce, kręci rozety pod paletą z Pepsi w promocji a Ty, niedobra matko Ty, łapiesz za rękę zagryzając własne zęby i pomagasz dziecku delikatnie dotrzeć na kiełbasę. Delikatnie czyli pół centymetra nad ziemią. Od centymetra to już przemoc, pamiętaj.

2. Słowna zawiecha.

Ten stan, kiedy dziecko wkręci sobie jedno słowo i powtarza je bez stopu, zapętlone przez czas mierzony w godzinach. Np. „piciu”, albo „mamo”, albo „wujo”, bo akurat był wczoraj, dawno pojechał, ale, że się dziecku przypomniało na wieczornym nocniku, że był, to sobie go trochę poprzywołuje. Trochę, czyli do histerycznego płaczu w środku nocy, że dlaczego go nie ma, a powinien. Jest to bardzo proste badanie cierpliwości dorosłego człowieka. Proste, dla rodziców, bo na treningi uczęszczają dzień w dzień, gorzej z weekendowymi ciociami, babciami i sąsiadkami przez siatkę, które nieświadome zaliczają słowną przepychankę kończąc kapitulacją. „Słowna zawiecha” w wykonaniu matek wygląda mniej więcej tak:

 

- Mama, mama, mama, mama, mama, mamo, mama, mama…

- słucham?

- cześć.

- No cześć.

.

.

.

- Mama, mama, mama, mama, mama, mamo, mama, mama…

- Tak?

- Maaaaama, mamo, mamo, mamuś, mama, mamo…

- Słucham?

- cześć.

-Cześć.

.

.

.

- Mama, mama, mama, mamo, mama, mamuś, mama, mamooo…mama…..

- Tak kochanie?

- Cześć.

-ta, ta, Cześć… majonez jeszcze, muszę majonez kupić i szczypiorek… jajka już mam. A! Pomidory kurde, zapomniałabym! No właśnie, gdzie są te pomidory…

.

.

.

- Mama, mama, mama, mamo, mama, mamuś, mama, mamooo…mama….. itd.

Matki tak mogą do porzygu, serio. Na zewnątrz ludzie strzelają sobie między oczy po trzecim powtórzeniu, a matki cisną rekordy. Słuchając podobnych konwersacji na cudzych dzieciach, masz ochotę po prostu podejść i mocno się zamachnąć. „Zewnętrzni” psychicznie przegrywają na samym początku trasy. To jest bardzo normalne zjawisko.

3. Histeria na mieście.

Najlepiej jak pada, toniesz po łydki w siajsiorce z deszczu, błota i psich kup, a  Twoje dwunastokilogramowe dziecko w ramach buntu nie usztywnia nóg w kolanach po wyciągnięciu z auta i robi się jak z waty. Nie chce iść, nie chce stać, nie chce generalnie wszystkiego, co zaproponujesz, stawiając cię tym samym na przegranej pozycji. Próbując dźwignąć kloca, gdzie spadająca z ramienia torba już dwa razy niemalże dała Ci w twarz, a drzwi od auta przypadkowo nie zablokowały się w zawiasie i zamknęły  się na twoim płaszczu, zaczynasz mówić brzydko. Bardzo brzydko. Chcąc nie chcąc rozbierasz w przepychance tak staranie w domu ubierane dziecko, podkoszulki rolują się pod pachy gnoja, spodnie opadają, i stoicie tak sobie, a właściwie dyndacie, z nerkami, cyckami i płucami na wierzchu na dwustopniowym mrozie. Co rusz babcie w trosce pytają Cię, czy dziecku przypadkiem nie zimno w razie, gdybyś nie zauważyła, że młodzież nago tarza się pod drzwiami Twojego samochodu i uspokajają po swojemu historiami „a może pójdziesz ze mną dziewczynko, co”? A bierz Pani! Tylko bez reklamacji. Kto zdrowy psychicznie chciałby podzielić ten przypadek? Jacyś chętni? Tak myślałam.

4. Niezdecydowanie pokarmowe.

Najpierw nie je nic przez dzień cały, gdzie proponowałaś najprawdopodobniej wszystko, od jajek na miękko po Nutellę, zahaczając ogórkową i placki z jabłkiem po drodze – NIC NIE JE, żeby siedząc w koszyku w Lidlu wymamrotać „banana!” trzysta razy na minutę (patrz punkt 2.) Proponujesz bułkę w zamian, bo banany niezważone, opowiadasz historię o tym, co zjecie jak wyjdziecie i że trzeba poczekać, bo mamusia nie zapłaciła. W głowie układasz tak kosmiczne historie żeby zakleić te młodociane usta, że sam Tolkien przybiłby Ci piątkę w zachwycie. Dziecko swoje – BANANAAAA! Banana! Banana! Banana! Banana! Banana! Banana! Banana! Jak Cyganka więc zawijasz go w płaszcz, odrywasz dupkę, zanim ktoś podejdzie i trzaśnie dziecku w plecy myśląc, że się zawiesiło, rwiesz kawałek dla świętego spokoju, najwyżej złapie Cię pan przy kasie i najesz się wstydu, życie.  Podajesz córce.

- Proszę.

- Nie chcę.

5. Tony w płaczu.

Hardcore dla najwytrwalszych. Dźwięki wydawane w Twojej kuchni w centralnej Polsce, odbierane przez delfiny na słonecznym wybrzeżu Florydy. Przestawiające szklanki, łamiące żebra, tony rozpaczy. Połączenie skrobania pazurem po tablicy, koszenia trawy letnim porankiem pod twoim otwartym balkonem i wiertarki udarowej podczas remontu u sąsiada, szósta dwadzieścia rano, sobota. Sama wyłączasz się na wysokich partiach, ale po godzinie jęków zarzynanego zwierzęcia masz serdecznie dosyć życia. Jak mocno zatem może rozumieć Cię student Jacek, wracający z wami z uczelni, w jednym przedziale pociągu relacji Warszawa – Wrocław? Ubij. Ubij to Pani zanim złoży jaja.

6. Wyczucie czasu.

Zima, ubrań masz na sobie tonę, tyle samo zakładasz dziecku. Pocisz się jak prosię, z każdej dziury cieknie. Młode body, rajstopy, bluzy, spodnie na polarze albo kombinezon. Do tego buty za kostkę jak narciarskie plastiki, czapka z pomponem i szalik z wełny jaka. Morda wysmarowana tłustym kremem, że rzęs nie może Młode odkleić, widać zza zasiek jedynie mały, sterczący nos.

- Dobra, idziemy!

- Kupę.

7. Picasso po przejściach.

Właśnie skończyłaś remont. Gładzie masz takie, że przejrzeć się w nich można. Jeszcze farba dobrze nie wyschła, jeszcze tynk wybierasz spomiędzy palców. Nie chcesz nawet myśleć ile wydałaś kasy, jakoś to będzie, ważne że urywa dupsko i nareszcie można zaprosić ludzi. Oprowadzasz po kątach, paluszkiem jedziesz po frontach na wysoki połysk jak Małgorzata Rozenek, żeby ku zdumieniu własnemu i gości odkryć na ścianie wymazany, falliczny bohomaz. Fakt, przecież razem z meblami w szwedzkim molochu kupiłaś córeczce nowe mazaczki. Brawo mamo, dobre serce masz, a za dobre Pani Bozia wynagradza z nawiązką.

Bóg zapłać dzieciątko.

8. Plamy.

Tłumaczenie znajomym, że zalana na biało kanapa w pokoju to mleko dziecka, a nie płyny ustrojowe męża,  zaczyna cię już nudzić. Oni nadal wierzą w to, że jurnie kłamiesz. Nadal szukają podtekstu, upatrując w was nieźle zdemoralizowaną parę. A Ty najprościej w świecie nie zdążyłaś po raz kolejny wyprać narzuty, z resztą, czy ma to jakikolwiek sens? Jak nie mleko to wylana herbata, jak nie herbata to „o-oł siusiu mamo”. Plamy jeszcze długo cię nie opuszczą. Życie pedanta obok dwuletniego dziecka skończyłoby się niewyobrażalną schizofrenią samego pedanta. For sure.

9. Food truck w Twoim samochodzie.

Żebyś nie wiem jak często sprzątała własnePorshe Cayenne, zawsze znajdzie się w nim rozmaślony, kukurydziany chrupek, żelek za pasem albo rozsypane słone paluszki po wycieczce do Kazimierza. Latem mrówki bajabongo i smród fermentującego za fotelem jabłka. Generalnie bród, nędza i malaria. Porozrzucane części od zabawek, Barbie po trepanacji czaszki i makeupie oka permanentnym markerem, obrzygany gryzak za daleko upchany w gardle gdzieś po drodze,  tarzające  się naprzemiennie w stosach brudnych gaci ze żłobka, do prania. Do tego zapomnij o „braniu” na czerwonym, stojąc twarzą w twarz z  przystojnym jegomościem, w samochodzie z oknami tak skrupulatnie obklejonymi przez Kubusia Puchatka, Elzę z Krainy Lodu albo Zygzaka Mcgueena. W razie gdyby jakimś cudem nie dostrzegł obrandowania auta, na wszelki wypadek obwieś się jeszcze naklejkami „baby on board”,  „jedzie z nami Staś”, albo „w bliźniakach siła”. To podkręci jego wyobraźnię.

10. Uwstecznienie.

Obserwujący Twoje z natury inteligentne zachowania znajomi, pamiętający Cię z czasów studiów, przygotowań do matury, recytacji Inwokacji i tym podobnych, intelektualnych uniesień, nie mogą zebrać szczęki z podłogi widząc, jak tańczysz triumfalnie z mężem wokół totemu zostawionego przez Twoje dziecko w nocniku. Modły do klocka, zajebiście. Otwierając trzecie piwo, zastanawiając się, gdzie na drodze ewolucji „nie poszło”, nie mogą wziąć rzeczywistości na trzeźwo. Kiedyś dostawałaś w szkolnym teatrze główne role, teraz tańczysz do stolca. Pytając się, czy słyszałaś już nową płytę Adele przyznajesz, że niekoniecznie, ale chwalisz się, że Grzegorz Turnau wypuścił lulanki usypianki na Spotify. I co? Chwała mu za to!

Przewrotnie cierpliwość człowieka rozciąga się jak z gumy, a przytoczone sytuacje już raz przerobione schodzą z tonu i zaczynają być „do przeżycia”. „Niewyobrażalne” staje się „codzienne”, a ty odgrażająca się na prawo i lewo, jak ci źle, zaczynasz po cichu planować kolejne dziecko. Mało tego, dobrze Ci w życiu z tymi dziesięcioma punktami. Natura to niezła lawirantka. Warto się wzajemnie w świecie rozumieć i nie wystawiać na pokuszenie znając tematu awers i rewers. Rodzice z dziećmi i wolne ptaki bez zmartwień – szanujcie się. No to zdrówko, pod to wspólne zrozumienie!

Love, peace i dużo cierpliwości.

29 Komentarze

  1. ja się tylko pytam dlaczego auto ojca jest zawsze czyste i dlaczego dzieci tylko tam respektują zakaz jedzenia???

    a żarcie ostatnio zawitało… na naszej poczcie. tak, pani. poczta. idziesz wysłać polecony, stoisz w kolejce, bo 5 okienek – 1 czynne i widzisz nadchodzącą katastrofę w postaci mentosów, czupaczupsów i innych cukierków poustawianych idealnie w zasięgu małych rączek! łaj??? łaaaaaaaaj? kto za tym stoi???

  2. Ojjj jak zgadzam sie z powyzszym….
    Zycze powodzenia z nr. 2
    U mnie pierwsza córa, drugi syn, różnica lat 3 i jest taki hardcore że czasami muszę się zastanowić jak się nazywam.
    Ps. Nie strasze, ale synusie to Poooootwory ☺

    • U nas też 3 lata różnicy bez miesiąca,młodsze córcia zbiera bęcki od starszego brata i tak potwierdzam chłopaki to potwory :/ dobrze że nie jestem odosobnionym przypadkiem…od razu cieplej na serduszka. ..

  3. Płaczę ze śmiechu. ; D Tańce godowe do stolca jeszcze przede mną. Moje ma prawie 2 lata, ale na słowo nocnik albo kibelek dostaje ataku. : D

  4. Oj to masz w domu bunt dwulatka…. to mija gdzies w połowie drogi do trzecich urodzin. U mnie na tapecie teraz bunt czterolatka. Niezapomniane przezycia i tylko dla widzów o mocnych nerwach.

  5. Bez szowinizmu proszę – Ojców też dotyczy większość podanych tu kwestii :) uśmiałem się na maksa a to dobre gdy rozpoczeło się kolejny poniedziałek w pracy :)

  6. Matko Rysiowa, wiesz, że Cię uwielbiam. Wszystkie 10 punktów znam od podszewki… w wydaniu 3, 5 i prawie 7 latki. W wydaniu 3,5 miesięczniaka dodam jeszcze jeden: przy pilnym wyjściu nie zawoła: „kupa”, co to, to nie. On już będzie usrany po pachy :-)))))))))

  7. Buty dzisiaj kupowałam, zimowe buty. Dla syna dwuletniego. W asyście córki, półrocznej.
    Syneczek mój najukochańszy w wieku 2 lat przeszedł już chyba wszystkie możliwe bunty przeznaczone dla dzieci do lat 18.
    Dzisiaj bunt dwulatka, trzylatka, czterolatka itd. skumulowały się w jeden wielki buncisko i takim sposobem porzucałam małą córkę na środku sklepu aby dognać małego gnoma który zwiewając od matki ściągał wszystkie kartony z butami które spotkał na drodze. Dział z torebkami okazał się równie ciekawy bo przecież w nowych torebkach są takie fajne szeleszczące papiery.
    Dodatkowo sieć Deichamnn nie wyprodukowała modelu butów zadowalających mojego syna i wszystkie buty trzeba było kopać i wszystkie były ” beee” i po co stanąć w ślicznych bucikach na podłodze aby matka mogła sprawdzić gdzie jest paluszek? Przecież można dostawać paraliżu i podciągać kopyta pod tyłek a ty matko szarp się i tłumacz ile wlezie. W dodatku muszę być super zabawna bo wszystkie moje tłumaczenia zbywane są śmiechem.
    Mała już ma dość, drze się bo ile ma siedzieć w miejscu?
    Jedną nogą próbowałam przytkać małą smokiem, na drugiej skakałam po kolejne pary butów a trzecią biegałam za syneczkem najukochańszym odwzajemniając uśmiechy innych klientów bo przecież upocona matka biegająca między jednym dzieckiem a drugim z trzema parami butów w ręce i pod pachą to niesamowicie ” słodki widok” :)

  8. Hahahaha ale cie rozumiem. Ja jestem na etapie ‚a czego’? Wiec jest tak:
    -ubieraj sie prosze, wychodzimy
    -a czego?
    - bo idziemy do szkoly
    -a czego?
    - bo musisz isc do szkoly
    -a czego?
    - skoro ja chodze do pracy, ty musisz chodzic do szkoly
    -a czego?
    - bo taka jest kolej rzeczy ( z reszta ulubione stwierdzenie mojej rodzicielki; a tak staralam sie nie byc jak one i nie zauwarzylam kiedy to sie stalo)
    - a czego?
    - muszisz sie uczyc, zeby kiedys byc w stanie odpowiadac na pytania swojego dziecka
    - a czego?

    Amelia- lat 7.5:)

  9. |Phi, to wszystko, to …Pikuś przy szczęściu podwójnym i wiem, o czym mówię, bo z chłopcami byłam sama przez 8 godzin dziennie (a bywało i w nocy), w tym wizyty u lekarza, na rehabilitacji, zakupy, itp. inne wyzwania codzienności. Ale ja miałam „zaprawę”, bo przez 35 lat pracowałam w szkole. Hi, hi…
    Wczoraj moje wnuki skończyły 5 lat i nadal nie boję się wyzwań, chociaż po każdym dniu czuję się tak, jakby walec po mnie przejechał, a mózg został poddany eksperymentom psychiatrycznym. Ale każda chwila z nimi bezcenna. Życzę radości z macierzyństwa i …czekam na kolejne wpisy. Pozdrawiam…

  10. Hej,
    Zawsze podczytuje ukradkiem, bez komentarzy, ale dzisiaj jeden błąd nie daje mi spokoju :) ludzie o których wspominałaś na początku artykułu to Świadkowie Jehowy, być może wynika z niewiedzy, a poprawić można :)

    Juz się nie mogę doczekać Twoich wpisów, jak będzie na świecie komplet dzieciaków .. :)

  11. haha! uśmiałam się
    przez takie te powyższe zaczęłam pisać
    żeby nie było że potem sama sobie nie uwierzę we własne wspomnienia
    że się dało i przeżyło
    wszystkie punkty po kolei
    czasem kilka naraz
    kolejność spontaniczna
    nie do przewidzenia

    i myślę sobie o tych, co Jedno mają
    co oni wiedzą?
    pomijam tych, co nie mają

    a potem patrzę na tych, co im się bliźnięta urodziły do kompletu z półtorarocznym
    co ja wiem…?

    pozdrawiam:)

  12. Samochód i kupa bezcenne. Pamiętam, kiedy w lato kładł u mnie facet kafelki i tez musiał się każdorazowo kupą w nocniku zachwycać, bo moja by nie odpuscila „brawo” od „Pana”.

  13. Genialny tekst!! Nie dość, że prawdziwy aż boli to jeszcze styl i forma powalają na łopatki. Tylko pozazdrościć pióra !!

    Pozdrawiam,
    KaNia

  14. Drogie Mamy , ja mam córunie ma 15 lat
    hmmm … ciąg dalszy przeprawy rodzica , bądźcie dzielne :)

    Pozdrawiam

  15. Kiedyś usłyszałam bardzo mądre stwierdzenie od byłej juz niestety pani pediatry (postanowiła powiększyć swoją rodzinę):
    Jest bunt dwulatka, trzylatka a kończy się dopiero jak dziecko sie z domu wyprowadzi…
    Mam i 3latka w domu i 7latka również i o zgrozo doszłam do wniosku, że te stwierdzenie jest mega prawdziwe…
    Pozdrawiam i życzę nam Rodzicom wytrwałości ;-)

  16. Bardzo rozsądny tekst. Lepiej mi.
    U nas na razie tylko jeden, 20- miesięczny. Ciągle mam wrażenie, że jest poszkodowany, bo nie ma rodzeństwa, a te cioteczne- daleko. Ciągnę go do sal zabaw, jakichś klubów malucha, bo przygodę ze żłobkiem zakończył po miesiącu zapaleniem płuc. No i w „zestawieniu” z innymi dziećmi- nie za bardzo lubi przebywać w grupie, nie może się doczekać, aż pójdą np. do domu po zajęciach sensorycznych i w końcu będzie mógł się pobawić bez przeszkód..Wydaje mi się, ze inne tańczą, podskakują, w rytm muzyki- tak jak pani prosi, a nasz- a gdzie tam, staje tyłem, robi minę „mam was gdzieś”, zdejmuje buty, każe się brać na ręce, albo właśnie jest głodny..Dzieci pod chustą?-hurra, a nasze włazi na chustę i obraża się, jeśli pani zarządza inaczej. Dzieci na chustę?-super, to nasz już nie chce, ucieka do matki na ręce i oczekuje banana, natychmiast. Czasem to nawet zabawne jest, można przewidzieć jego reakcję- będzie dokładnie przeciwna od tej oczekiwanej- no i co tu począć..

Odpowiedz na „~magdaAnuluj pisanie odpowiedzi

Wymagane pola są oznaczone *.