Dzisiaj Jej powiem.

Miałam dzisiaj zryw. Przebłysk taki chyba z nieba. Pomyślałam patrząc na swoją Młodą, ile razy dziennie mówię, że ją kocham dla samego wypowiadania słów, po prostu, żeby wiedziała, osłuchała się i nauczyła, że mówić „kocham’ jest dobrze.  Nie rozumie przecież jeszcze o co mi chodzi i po co ją  właściwie miętole  co zakręt, ale niech wie. No niech wie i koniec.

Pomyślałam również ile radości i jakiegoś dziwnego uniesienia, dumy wręcz, daje mi odwzajemnione, wyseplenione ‘kocham” rzucone z powrotem. Często, kiedy mówić jeszcze za trudno,  dawane w postaci wieszania na szyi, wyjmowanego, obślinionego żelka z buzi, takiego z  włosem i całego w piasku, wyplutego  w ramach szeroko rozumianej spóły i podziału, podarowanego matce w aucie, na skrzyżowaniu na czerwonym.  Może nie rozumie, co do mnie mówi, ale na pewno wie, co chce mi przekazać kiedy dynda  przy ramieniu, albo da mi poślinić własnego landryna.  A Matki takie już są, że egoistycznie potrzebują słyszeć, wiedzieć i czuć. Potrzebują w ten sposób przybić stempel aprobaty na własnym czole: HEJ. JESTEŚ ZAJEBISTA. Słyszysz? Z-A-J-E-B-I-S-T-A M-A-T-K-A J-E-S-T-E-Ś.  I śpią wtedy lepiej, i są szczęśliwsze.

I tu zryw właśnie.

Ta potrzeba nie przechodzi z wiekiem przecież…

Kurwa mać, to nie przechodzi nigdy!!!

Szybki bilans w głowie, kiedy ostatnio powiedziałam Mamie, że kocham. Aż tak dawno? Mój Boże, jak ona musi strasznie źle sypiać.

Jak tylko wyjdzie z pracy łapię za telefon i krzyczę do słuchawki co wszyscy lubią słyszeć. Chcą wiedzieć chociaż wiedzą doskonale.  Niech wie mocniej,  niech zacznie spać spokojnie.

Z-A-J-E-B-I-S-T-A M-A-T-K-A J-E-S-T-E-Ś

Wy też to zróbcie.

Dobranoc.

Dwa.

Po ciężkim tygodniu zwieńczonym zapaleniem krtani u mnie i u dwulatki, udało się nareszcie usiąść do kompa. Kolejny rok życia dziecka minął niepostrzeżenie. Sama nie wiem kiedy od gryzienia łóżka na łódzkiej porodówce tak sprawnie dotarliśmy do drugiej świeczki na własnoręcznie przez Matkęzrobionym torcie. Ostatni raz robiłam,  paaaanie. Słodki wyszedł jak skurwysyn, smakował dzieciom a i owszem, po czym każde, jedno po drugim lądowało w asyście rodzica w umywalce na myciu dupska. Połączenie bitej śmietany z kolorowymi lukrowymi pierdolnikami, kilogramami pianek i żelek, zalane wszelkiej maści napojami na zimno i ciepło, wytrzęsione przez trzygodzinne skakanie i prucie tych przeuroczych małych puszeczek od 0.5 do 8 lat podziałało na pracę jelit jak stary dobry kret na zapchane rury. Nadmuchałam się balonów jak nienormalna. Dmuchałam na kilka razy, bo po kilku głębszych wdechach odpływała mi krew z kończyn. Złapałam zadyszkę przy wieszaniu girlandy w kwiatki, ale to już najprawdopodobniej od nadmiaru kilogramów, które przyniosła mi ciąża. Tak. Oficjalnie wyglądam jak pocieszna loszka, obrączkę zdejmuje na masło, tym razem miałam być mądrzejsza, nie wciągać jak głupia, wyszło jak zawsze, trzeba zacząć dokładniej myć przestrzenie między brodami, życie.

IMG_2560Całe to gotowanie, rozkładanie słodyczy w pudełka, chowanie zabawek, ścieranie kurzy z nocnika (wyposażenie dostosowuje się do towarzystwa), konspiracyjne rozpalanie świeczki i zatykanie w cieście tekturowych, ozdobnych kotów, opłaciło się, dla widoku łapiącej się za głowę z zachwytu Ryśki po powrocie ze żłobka. Był kinderbal, mnóstwo rozpełzniętych, raczkujących kuzynów, kolegów i kumpela z wakacji w wieku Monster High, były dziadki i zasmażane buraczki, cała armia ludzi i prezentów, tyle samo śmieci do wyrzucenia i zmywanie jak po bankiecie u prezydenta Kwaśniewskiego. W całym zamieszaniu posiniaczone kolana, podarte rajstopy Rambo, burza loków mojej małej dziewczynki i uśmiech Czorta dookoła głowy.

Raz w roku chcieliśmy, żeby czuła się najważniejsza. Tacy jesteśmy niepoprawni, niewychowawczy i rozpuszczeni. Jakoś przeżyjem.

A na sam koniec chcę córce życzyć jednego w tym roku. Tylko jedno małe coś, żebyś Krysiu nie odleciała jak rakieta od nadmiaru atrakcji. Chciałabym, żeby zawsze wokół Ciebie była rodzina. Z poczuciem przyjemności odwiedzin, bywania, kontaktu, zainteresowania telefonicznego, listowego wsio ryba.  Żeby byli na wyciągniecie ręki nawet, kiedy będą fizycznie bardzo daleko. Żebyś miała w życiu z kim dzielić radość, smutki, żeby zawsze miał kto uwolnić Barbie z plątaniny sznurków i kabli, którymi przymocowano ją do pudła. Nawet, kiedy Barbie zamieni się w modułowe meble z Ikei do skręcenia, na które większość ludzi reaguje jednakowo nieprzychylnie. Żeby byli ludzie wokół i żebyście się szanowali. Tyle.

 

W dniu drugich już urodzin, naszej córce Krystynie, najlepszego życzą Mama i Tata.

Dziesięć prawd, które dało mi dziecko.

Wstałam dzisiaj o 7:00 rano. Wsunęłam swoje ulubione papucie z Carrefoura za dychę i poczłapałam do kuchni, po kawę. Naszykowałam dziecku bluzkę i spodnie, czystego pampersa i buty, cierpliwie budziłam do żłobka, do skutku. Na siłę umyłyśmy zęby, wyczesałyśmy na głowie palmę, wybrałyśmy cały zestaw pluszowego towarzycha do auta i pojechałyśmy w siną dal. Włosy moje jedna strona na Maroko, druga na Szczecin. Oczy jeszcze zaklejone, bez stanika, ale nie widać pod puchową kurtką raczej, więc bez stresu. Odstawiłam, pomachałam, wróciłam. W domu Sajgon, wszędzie klocki i drewniane puzzle sadysty, wrzynające się po mistrzowsku w gołe stopy. Skotłowane łóżko, wylane mleko, plama na kołdrze, karty z księżniczkami do gry w pamięć pod łóżkiem zdekompletowane oczywiście. Nadgryziony banan pod szafką w kuchni, psie kłaki, syf z gilem. Usiadłam w pokoju przy stoliku, a w słońcu podziwiałam odciśnięte, małe dłonie na każdym oknie i lustrze, na każdym froncie szafek „na wysoki połysk”. Pomyślałam, co mi dało to całe matkowanie w życiu i za co je właściwie tak ubóstwiam, skoro miks poranka nie wykończył mnie psychicznie, a gdzieś w środku napędził nieśmiały uśmiech zachwytu?

Co dało mi macierzyństwo?

  1. Zaczynając od początku – usadziło mnie porządnie na tyłku, w wielkim fotelu. Można by nawet powiedzieć, że na każde kolano założyło ochraniacz z gąbki, na głowę kask i latarkę, w rękę wcisnęło mapę, żebym przypadkiem nie zrobiła sobie krzywdy, było w końcu dla kogo żyć, tak na poważnie. W porównaniu do prowadzonego przeze mnie życia przed „godziną zero” skarciło mnie palcem jak nauczycielka w klasach 1-3, umoralniło i nałożyło ciężkie sankcje za wszelkie głupoty samotnego, wolnego życia.
  2. Umocniło więzi w miłości między mną a partnerem. Normalnie bez dzieci podejmujemy bardzo szybko wygodne dla nas decyzje. Nie pasujemy do siebie, irytuje mnie to i tamto, nie wytrzymam i właściwie po co mi ten, skoro na świecie może czeka jakiś inny, lepszy. Brak jakichkolwiek zobowiązań, które siłą rzeczy narzuca na nas młody człowiek, jest jak na zawsze otwarta furtka, przez którą wyskakujemy, kiedy impreza zaczyna być nudna i kiedy kończy się alkohol. Dziecko to taki mały klucz do kłódki na tej furtce, bardzo głęboko schowany Bóg raczy wiedzieć gdzie, i zanim się doszukamy miejsca jego przebywania zdążymy trzy razy ochłonąć z emocji, przemyśleć życie na trzeźwo, usiąść na kamieniu pod drogą ewakuacyjną i porozmawiać. Często zaśmiać się nad rozmiarem przewinienia, które z godziny na godzinę spada na łeb na szyję. Dziecko mi to dało, że nie spakowałam kilkukrotnie tobołka, nie zawiązałam go na tłustym patyku, nie wzięłam bułek na drogę i termosa i nie powiedziałam „cześć, powodzenia”. On też to dostał. Macierzyństwo uczy dorosłego myślenia, karmi cierpliwością i przewartościowuje priorytety. Walczy.
  3. Dowiedziałam się co to znaczy kochać bezinteresownie. Absolutnie nigdy wcześniej nie byłam tak poddana drugiemu człowiekowi, a każde moje zachowanie nie było tak idyllistycznie podlegające reakcji kogoś innego, niż ja sama. Można być ofiarnym, pomocnym, miłym, oddanym, to wszystko tak, ale stopień wtajemniczenia jest wręcz mistyczny. Dopiero kiedy awansowałam do roli „rodzic” odkryłam na poważnie i w pełni świadomie co miała na myśli moja mama, kiedy tłumaczyła, że jest gotowa oddać za mnie życie i skoczyć w ogień. Pusty frazes kiedyś, dziś głębokie „Ahaaaaa” każdorazowo, kiedy przypominam sobie jej słowa.
  4. Życie zawładnęło kosmiczne poczucie obowiązku. Zaczyna nam się chcieć bo musi i nie ma innej opcji.  Począwszy od małych rzeczy jak marsz po mleko o trzeciej nad ranem, gotowanie wody, wyparzanie smoczków, butelek etc. , kiedy na dworze mróz i wichry, (komu by się chciało?!), przez zmartwienia czy jest kurtka na zimę, ciepłe buty i szal, do grubych tematów jak wychowanie, tłumaczenie życia, długie rozmowy i stworzenie pełnowartościowego człowieka. I chcieć klocki ułożyć o 20:00 też się musi chcieć. Czytać piąty raz ten sam wiersz na dobranoc, ma się chcieć. Naciskać przycisk play przy ulubionej piosence do usranej śmierci, aż flaki nam się wywracają do góry nogami – MA SIĘ CHCIEĆ. I już.
  5. Zaczęłam myśleć o przyszłości. Mało tego zaczęłam odkładać pieniądze na jakiś dziwnych lokatach, ubezpieczeniach, w skarpetach , zakopując złote monety pod brzozą trzy kroki na północ niemalże. Każda decyzja okraszona dużym wysiłkiem i naruszeniem budżetu dziś jest tłumaczona tym co dostaną dzieci w przyszłości. Nigdy nie myślałam o życiu w ten sposób. Nigdy nie układałam planu aż po grób, żeby zabezpieczyć co się da. Liczyło się tu i teraz. Obecnie wartość ma też tam i później.
  6. Szacunek do własnej matki wystrzelił w kosmos pierdyliony razy. Przed Krystyną też ją kochałam nad życie, ale po Krystynie to bardzo świadoma miłość. Jako, że całe życie byłyśmy we dwie nie było łatwo, ale nigdy tego nie odczułam. Nigdy nie czułam się gorzej niż dzieci, które miały pełny dom i wszystkie jego udogodnienia zaczynając od kolonii za granicą w podstawówce, komputera w liceum i ojca. O ironio. Przekładając obecne obowiązki rodzica jakie mam, ilość zmartwień i trosk płynących z wychowania własnego dziecka, na życie, jakie miała ona będąc singlem z mikro pensją, to nic tylko zęby zbierać z podziwu, że dała radę. Sama została bez rodziców w wieku 27 lat. To mój wiek, tamten czas tylko w mojej bajce. To jak żyję wydaje się być bułką z masłem bez cholesterolu.  Piona Mamo. Dzięki.
  7. Człowiek bardzo życiowo mądrzeje. Wewnętrznie duchowo nadaje wydarzeniom głęboki sens, ale i merytorycznie czyta więcej, dowiaduje się i dokształca. Jakoś automatycznie przychodzi.
  8. Lęk i zmartwienie czy wszystko będzie dobrze i czy za zakrętem nie czeka na nas niemiła niespodzianka powinnam wytatuować sobie na czole. Dostałam ekstra moc, Matka Polka Umartwiona. Nie jestem w stanie się tego pozbyć i podejrzewam, że z tym pomrę.
  9. Przetasowałam zupełnie nieświadomie grono znajomych. Tak, skurczyło się jak wełniany sweter uprany w 90. stopniach.  Pamiętam, jak mnie to początkowo bolało i jak hiena histerycznie walczyłam o kontakt, zainteresowanie i brak wykluczenia. W pewnym momencie odpuściłam i po dwóch latach z pełną odpowiedzialnością mogę napisać: jest mi z tych cholernie dobrze i czuję wewnętrzny spokój. Kto miał zostać – został.
  10. Stworzyłam rodzinę. Życie kołem się toczy. Wszystko nabrało sensu. Nie chciałabym się zamienić na to, jakie miałam, chociaż czasem głośno narzekam, że za nim tęsknię. Bo tęsknię, na godzinę, dwie. Moje przedsiębiorstwo zmieniło charakter funkcjonowania, a ja czuje się prywatnie spełnionym człowiekiem.

Macierzyństwo – chyba byłabym w stanie polecić. Bywa ciężko, ale hamak zawieszony w ogrodzie „niby dla dzieci” wynagradza wiele. I kolorowe plastry z Garfieldem można kupować, Nutellę jeść paluchem, wchodzić na drabinki w Fikolandzie, kupować balony z helem… żyć nie umierać, prawda?

Baby boom Michasi: Rodzeństwo.

Kiedy usłyszałam ostatnio empatyczne „I tak cię podziwiam”, na wieść o drugiej ciąży, poczułam się jakbym nosiła szóste dziecko mieszkając w 25. metrach kwadratowych, oddzielając kibel od kuchni ręcznikiem frotte na sznurku. A to tylko drugie dziecko, brat, ktoś, kogo mnie jako dziecku strasznie brakowało. Nic w tym dziwnego, że odkąd Krystyna oderwała się od ziemi i zaczęła być bardziej samodzielna decyzja o drugim człowieku zdawała się być kwestią czasu lub jakiegoś porządnego plemnika fightera, jak kto woli.

Wyszłam z założenia, że rodzeństwo dla mojego dziecka to wyraz troski o jej późniejsze życie, zmartwienia o dorosłość i bardzo trudną, bolesną samotność, kiedy mnie i Ojca już nie będzie. Za trzydzieści lat chętnie wtuli się w ramiona męża i dzieci, kiedy warunki dookoła nie będą sprzyjające, ale ile radości da jej telefon do młodszego rodzeństwa ze spontanicznym hasłem „a pamiętasz jak skleiłam ci włosy Hubabubą w drugiej klasie?”. Ja nie mam tej perspektywy. Budowanie więzi, wspomnień, tęsknot to długotrwały proces, zaczynamy mozolny plac budowy. Cegły, zaprawa i fantazja twórcza architekta. Do wszystkiego doszła nieprzerwana potrzeba otoczenia kogoś miłością, której miałam jak w kotle z małą dziurką. Nie byłam w stanie opróżnić zapasów, miałam za szerokie gałęzie jak stare drzewo, a w moim cieniu ewidentnie miało schronić się więcej dzieci.

Bracie tam, maluchu zakręcony pod sercem matki, rośnij ile siła da, masz do odegrania bardzo ważną rolę na tym ziemskim padole. Będziesz komuś wsparciem, węglem do podtrzymywania ognia w kominie  i możliwie najbardziej irytującym młodszym bratem w historii. Ktoś musi sabotować randki i podrzucać do szafy stare gacie po wfie. Takie wasze zadanie. Róbcie co chcecie, ale suma summarum macie się kochać. Przede wszystkim się szanować, troszczyć nawzajem o swoje interesy  i w ogień za sobą wskoczyć. To, że będziecie się kłócić i okładać  czym popadnie wpisuję w rejestr, ale nie wolno wam nigdy zapomnieć, z kogo pochodzicie i że w jednym domu wam chleb krojono. Trzymajcie sztamę dzieciaki, a jeszcze nam za to podziękujecie.

Ale tak właściwie – od czego zależy kształt relacji z rodzeństwem? Dlaczego jedni się sobą chwalą a inni mają się w rzyci? Czy to, jak odbieramy brata, siostrę, jest zasługą naszych rodziców? Czy gdyby mama i tata bardziej się starali i pieścili więzi między dziećmi, niektóre nastawione na „nie” duety miałyby szansę znaczyć dla siebie więcej w dorosłym życiu?

Stawiam pytanie otwarte, bo niestety nie mam doświadczenia, a widzę różne scenariusze wśród znajomych: od czego zależy stopień zażyłości między rodzeństwem i jakie czynniki mają największy wpływ na ich kształtowanie? Jak dużą rolę odgrywają w tym rodzice?

Słoik.

Chcę mieć słoik z bardzo szczelną zakrętką i grubym dnem. Będę w nim pomału zbierać po Tobie wszystkie pamiątki i skrawki, zanim uciekniesz w dorosłość i będę dla Ciebie już stara. Zamknę w nim uśmiech Twój, ten z wystającymi jedynkami, co to masz większe niż dwójki i zawsze widać je najpierw. Odstające uszy i  burzę loków – zachowam.  Szczelnie upcham w nim Twój głos, ten „z teraz”, żaden inny. Skoki endorfin za każdym razem kiedy słyszę „mamuś”. Te chyba sobie skroplę i zostawię do strzykawki na czarną godzinę. Strzykawka też zamieszka w moim słoiku, zawsze pod ręką. Zamknę w nim zapach Twoich ubrań i pościeli, w której śpisz,  dotyk cienkich włosów po umyciu i widok paluszków całych w czekoladzie. Upcham choćby już miejsca nie było tych kilka słów innych niż wszystkie, „luci” kiedy prawisz mi jakie ładne mam kolczyki i „loci” kiedy prosisz o klocki. Odkręcę go i wsypię jak do worka migawki z najpiękniejszych dla nas chwil, kiedy piszczysz na widok taty i płaczesz jak zamykają się za nim drzwi, jak śpiewasz o pociągu. Uścisk najszczerszy, kiedy prosisz w nocy o miejsce w naszym łóżku przykręcę pod nakrętką, żeby się w Ciebie wtulać, kiedy już nie będę taka ważna, a moje ramiona zastąpią jakieś inne.  Słoik ten przyczepię sobie do nogi albo uwieszę na szyi żeby był zawsze pod ręką. Kiedy pingwin na patyku przestanie Cię interesować i pokochasz inne rozrywki, starsze, będę go sobie odkręcać i wciągać dzieciństwo Krystyny jak swoje własne świeże powietrze.

Tak szybko rośniesz.

Nie nadążam.

 

Przy mężczyźnie żyć.

Cierpliwość standardowej kobiety w domu zaczyna niespokojnie opadać przy pierwszym uwitym przy łóżku w sypialni gniazdem orła. „Gniazdo orła” czyli starannie zdjęte z siebie gacie, razem ze spodniami i skarpetami, bez dotykania kolan, łydek  i kostek, w które z rana na pewno wpadnie ona. Mistrzowie jengi się znaleźli, zmarnowane talenty w polskich M3.

Kobieta idzie dalej. Właśnie uporała się z uciułanym ze spodni rondlem na ptaki, z przygryzionym w nerwach polikiem wrzuciła skarpetki do brudów. Pościeliła łóżko. Wchodzi do łazienki.

Pasta do zębów standardowo, najprawdopodobniej rzucona na ziemię w pośpiechu i zmaltretowana glanem, dostała cięgi, wygląda jak on sam po weekendowym piciu. Tuba pognieciona w piździec, tak pokiereszowana, że nie wie ona już sama,  gdzie przód ma, gdzie tył. Polubowne namawianie na wyciskanie od dołu odbija się o uszy Pana echem. Od kilku lat. Obok, obowiązkowo, na posterunku szczotka jego do zębów rzucona na umywalce, ta co ktoś po niej walcem przejechał w przód i w tył. Z milion razy. Błaga, żeby już o niej zapomnieć, żeby dać jej odejść.

Na wieszakach oprócz chyba wszystkich ręczników jakich się dorobili w życiu, wiszą spodnie, bluza i kilka podkoszulek. Jego podkoszulek. Wrażenie jedno: gdyby i całą ścianę w wieszakach zagospodarować, gdyby tam jeden obok drugiego maczkiem poupychać, to i tak wszystkie zajmie sroka zbieraczka. Łazienka jak szatnia po turniej u na orliku. Wali i nic w niej znaleźć nie można.

Podłoga w kuchni wygląda lepiej niż plaża w Jelitkowie.  -Śpieszył się do wyjścia, to pewne, – jak mniema ona, widać dokładnie krok po kroku gdzie pantofelki i malutkie kopytka zostawiały jej torf do ogarnięcia. Jak wytłumaczyć chłopu, że kuchnia to nie bankiet w Sheratonie i tu się onuce zmienia systematycznie do chuja Wacława?! Piachu po kostki, błoto, gnój wszędzie, – Halo, cześć, naniosłeś syfu w kuchni. Czy drogie ogumienie rządzi się innymi prawami przepraszam?!

– To nie ja, to pies.

Pies. Pies w butach na cholewce wróciwszy z porannej dwójki, wlazł do kuchni i otrzepał sobie łapy pod stołem tak, żeby go wrobić. Złośliwy skurwiel, nie ma co.

 

Mężowie kochani, pomocni.

W szlafroku, w papuciach i z kubkiem gorącej herbaty, w sobotni poranek,  odsłaniają rolety na ogród,  przeciągają się powolnie wyciągając pypeć z pępka i wołając cię z kuchni pokazują paluchem przez okno:

- Haha. Łihihihi. HAHAHAHA! Patrz gdzie ci się piesek zwalił. Na Kwiatuszki <3 Siorb…

… A i chyba ci zeżarł rododendron…siorb.

Kochać. Tylko kochać.

 

Baby boom Michasi: O ciążowych socjopatach.

Zanim zacznę zanurzać się w komentarzach, że to co napisałam jest nieprawdą, bo Pani Kasia i Asia nie przeszły przez to samo, a przecież były w ciąży z siedmiorgiem dzieci, wytłumaczę, że poniższy tekst nie jest o normie zachowania kobiet spodziewających się dziecka. Jest jedynie chęcią otworzenia oczu niektórym nieświadomym matkom, że nie są potworami i niektórym zagubionym ojcom, że wszystko jest do naprawienia. To nie jest obraz każdej ciąży. To jest historia mojej i może Twojej.

Człowiek przez całe życie wpaja w siebie wartości zarówno na podstawie doświadczeń  jak i przemycanych przez różne źródła informacji  faktów i mitów. Co do ciąży to chyba najmniejsza niespodzianka, że według wyrobionej przez świat szeroki famy powinna być niezwykle duchowa. Powinna wciskać matce skrzydła w plecy, unosić napuchnięte nogi minimum pięć centymetrów nad poziomem dywanu, a ojca dziecka stawiać obok niej jak Anioła Stróża całej zabawy, który dzielnie głaszcze inkubator  po plecach, poprawia włosy za uszkiem i szepce co pięć minut „kocham was”. Ten wyidealizowany obraz was jako matek i ojców w zestawieniu z wybiórczą (podkreślam ponownie, wybiórczą) rzeczywistością wali waszymi głowami o ścianę jak szmacianymi lalami i karmi frustracją. Stawia tak dobrze zapowiadające się związki i relacje na skraju wytrzymania i cierpliwości, no ale jak to?! Przecież dziecko miało nas scalać, sklejać i dopasowywać gdzie jeszcze wystaje po centymetrze, a tymczasem wszystko pada na kolana.

Zachodząc w ciążę z Krystyną przeszłam przez średniej klasy piekło. Z jednej strony było to najbardziej chciane i z premedytacją zmajstrowane dziecko w Polsce, z właśnie „tym” facetem, we właśnie „tym” czasie, a z drugiej strony, w związku z totalnie dziewiczym terenem, na którym się znalazłam i z najbardziej nieznanymi uczuciami, jakie mną szarpnęły,  największym emocjonalnym rollercoasterem życia. Ekstaza, że jest i histeria, że padłam ofiarą nieprzemyślanej decyzji, że pospieszyłam swoje działania, że nie przemyślam wszystkiego wzdłuż i wszerz, a teraz zostanę z tym sama, bo najprawdopodobniej rozejdziemy się zanim przyjdzie nam się pozabijać. Zamiast puszczania motylich bąków i rzygania tęczą stałam się ciążowym socjopatą. Nie tylko dla Niego, tego, który stał obok mnie najbliżej, ale dla każdej jednej duszy, która napatoczyła się po drodze. Irytowało mnie w Nim absolutnie wszystko. To jak patrzył i jak nie patrzył, to jak unosił rękę i ją opuszczał, co mówił i to jak milczał, kiedy  wymagałam potoku słów.  Najmniejsze „przewinienie” było zapalnikiem do pokaźnej kłótni. W ciąży nienawidziłam ludzi, ich pierdolenia, historii opowiadanych zupełnie życzliwie i normalnie potrzebnie. Wtedy nie mogłam ich znieść. Nie mogłam udźwignąć  tego, że ktoś do mnie dzwoni, nie mogłam udźwignąć, że nie dzwoni. Mapa myśli była jedną wielką sinusoidą. Zaczynając od depresji, pouczania i niezrozumienia poglądów innych, do szczytów, w których otwierałam oczy ze zdumienia, że stałam się taką suką, przepraszania na prawo i lewo za swoje zachowanie. Tu się można śmiać z rozhisteryzowanych matek płaczących na reklamie szamponu, ale na dłuższą metę tej hormonalnej sieki dopada człowieka totalne wyżucie, zmęczenie i bezsilność. Chcesz być inna, a zupełnie nie wychodzi. Co się stało, że wczoraj kochałam Go nad życie, a dzisiaj pokazuję mu drzwi i mówię pewnym tonem „cześć i czołem, nie wracaj”. Dlaczego dzwonię do matki i przepraszam, że nic z tego nie będzie, że drogi nam się zagubiły, drzwi pozamykaliśmy sobie przed nosem.  Moja głowa i umiejętność rzeczowego myślenia zostały na tych dziewięć miesięcy poszatkowane jak kapusta. Zmięte jak kartka i wyrzucone do śmieci. Nie było racjonalnego myślenia. Jako rasowy socjopata dbałam jedynie o sobie. Było mi źle, a cała reszta latała mi skromnie koło dupy, reszta miała się dostosować i koniec.

Urodziła się cała i zdrowa we wtorek w południe. Cały czarny parasol, który zawisł nad moim, nad naszym domem zwiał chyba porodówkowy przeciąg. Nie było nawet wspomnienia tej nienawiści, wahań i niepewności. Przeszliśmy przez najgłębsze i najciemniejsze odmęty oceanu, stawiając sobie na drodze wizję ciąży idealnej a meta, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania zawiązała między nami sztamę. Żadne z nas nie przewidziało, że nie będziemy książkowym przypadkiem, co wyhodowało to okropne uczucie rozczarowania rzeczywistością. Spadł mi z serca głaz i z hukiem rozgonił bzdury, jakie kłębiły się w głowie. Zakochałam się na nowo dwunastego listopada i wtajemniczyłam w kolejne ciasne zakamarki samej siebie.

Po co właściwie o tym piszę?

Spodziewam się kolejnego dziecka. Wpadłam do tego samego worka misia socjopaty z tą różnicą, że nie jestem w nim pierwszy raz i jestem mądrzejsza o poprzednich trzydzieści osiem tygodni obaw. Wiem, że na końcu czeka nas tłusta nagroda i że to, co teraz mną miota jest przejściowe. Tłumaczę sobie więcej, wiem co, jak i dlaczego. On też za co mu dziękuję, bo cierpliwość, której i tak już mało nam zostało,  w tym przypadku utrzymuje się na stabilnym poziomie. Piszę o tym, bo niektórzy z was stoją w tych butach pierwszy raz i pewnie nie spodziewają się, że z takiego dołka naprawdę da się wygrzebać, znowu zacząć stawiać mocne domy na solidnych fundamentach. Ile ja się nasłuchałam komentarzy o byciu niewdzięczną kobietą, której życie niedostatecznie doświadczyło, kiedy mówiłam szczerze, że ciążę znoszę źle. Ile mądrych głów wiedziało lepiej, że nie powinnam tak czuć i że każdy normalny, zasłużony rodzic lata po domu w spazmach zachwytu na wysokość  lamperii. Gówno prawda. Nikt nie może wiedzieć za was lepiej.

Całe to socjopatyczne doświadczenie nie zrobiło ze mnie gorszego rodzica. Miałam prawo przejść wszystko po swojemu i wy też macie taką możliwość. Nie wpychajcie się na siłę w wyrzuty sumienia. Ojcowie, Panowie, Mężowie – w was siła. Wy musicie wykazać nadludzką wyrozumiałość i przede wszystkim cierpliwość. Żadna z kobiet nie tapla się w zachwycie zachowując się w ten sposób. Mało tego, podejrzewam, że oczy otwiera jeszcze szerzej w panice, jaka jej wcześniej nie spotkała. To jest prawdziwa Księga Dżungli, tu trzeba o siebie walczyć. Walczyć o swoje dzieci i normalną przyszłość.

Mocy przybywaj.

Baby boom Michasi: o świadomości

Wiadomość o Krystynie przyniosła mi niesamowite wzruszenie i  w sumie nieopisane uczucie niedowierzania. Nie mogłam dopuścić do siebie racjonalnego wyjaśnienia, że udało się, a przecież świadomie na to pracowaliśmy. Wydawało mi się chyba, że nigdy nam nie wyjdzie, zupełnie nie wiem dlaczego,  i że tak na dobrą sprawę to ja w ogóle nie powinnam/ nie chcę/ nie muszę mieć dzieci. Ani to czas był, ani miejsce, ani pieniądze nie wskazywały na gotowość, stabilizację i zaspokajanie potrzeb innych niż swoje własne. Kiedy oswoiłam się z myślą, że ta sama dziewczyna, która pół roku wcześniej gubiła świadomość na sobotnich imprezach ze znajomymi,  nosi w sobie coś, czemu bije już serce, co rusza nogami i bierze ręce do buzi,  w głowie nastąpiła rewolucja. Ten nagły zryw odpowiedzialności był w rozmiarze kosmicznym. Do tej pory jak myślę co mną wstrząsnęło  i z jaką mocą, nie mogę uwierzyć, że teraz przechodzę przez dokładnie ten sam etap w życiu, a jest on tak diametralnie różny w odbiorze.

Krystyna była skokiem na głęboką, zimną  wodę, pierwszym  widokiem na sad z wysokiego drzewa, wejściem na płot i wrzaskiem do świata.  Wrzaskiem do siebie przede wszystkim, że udało się i co Ty na to, MATKO?  Była zlepkiem nieprzewidywalnych zachowań, które wylatywały ze mnie jak z worka. Ja siebie nie znałam, nie wiedziałam o sobie nic. Nie przewidywałam co mnie czeka, byłam dziewiczym terenem.

Drugie dziecko było informacją. Kropka. Oświadczeniem ciała, że mieszka w nim człowiek. Początkowe wyczuwalne wręcz zażenowanie, wyrzuty sumienia dusiły mnie. Było we mnie nieporównywalnie niewiele ekscytacji, na pewno nie takiej jak tamta. A później stopniowo zaczęłam układać w głowie myśl, że to dziecko wypływa ze świadomości  o jakiej mi się wtedy nie śniło, świadomości i dojrzałości, i że jest efektem przebytych już mórz i oceanów. Tu się nie było czego bać, przecież ja już raz ten mecz rozegrałam. Szczęśliwa dwójka w przeciwieństwie do jedynki, była jak ciepłe kapcie na jesień. Zapas drewna na zimę stulecia. Spokojnym portem.

Krystynę przedstawiłam światu małymi bucikami za miliony, w kolorowym pudełku z ładną kokardką. Tym razem zadzwoniłam z Tesco buszując między makaronami i tuńczykiem w puszcze –cześć mamo, jestem w ciąży. – To super, gratuluję, przecież tak bardzo chcieliście. – odpowiedziała z tym samym, dziwnym spokojem w głosie, co mój.

Wszystko dzieje się inaczej, wolniej i rozsądniej. Nie ma w człowieku myśli, że to nie jest dobry czas i miejsce. Człowiek już wie, że taki czas nigdy nie istniał i gwarantuje sam sobie, że nigdy nie nadejdzie. Człowiek wie nareszcie, że w tej całej zabawie liczy się coś innego niż kasa i święty spokój, który miał kiedyś. Zmienia się bezpowrotnie i stara się poić to, co stworzył, rozsądkiem, dobrym wychowaniem i miłością. Daje od siebie czas i zainteresowanie stawiając to za wartość nadrzędną.  Człowiek układa klocki, dzierga te puzzle okrutne od rana do nocy, bo tak chce 98. centymetrów dziecka.

Jestem świadomym rodzicem. Świadomie czekam na dziecko.

Dojrzewam na podstawie doświadczeń, co chwilę dopisuję sobie dwa centymetry do wzrostu i plus dwadzieścia do dumy, świadomości , wiedzy. Uczę się i czekam co jeszcze przyniesie mi życie, jak mocno jestem w stanie siebie zaskoczyć?

Czy człowiek w ogóle jest w stanie znać siebie na pamięć?

 

Baby boom Michasi: Tydzień 8 (wspomnienia)

Dzisiaj znowu płakałam. Taka jestem nieszczęśliwa. Żebym jeszcze wiedziała dlaczego.

Mój biedny chłop siedzi nade mną i wolniej przeżuwa żarcie, kiedy znowu zaczynam kopać w ziemniakach i trząść podbródkiem. Jakby na końcu języka miał „o chuj tym razem”. A ja nie wiem o co chodzi, i smutno mi, że on się nie domyślił, i żal mam, że ja nie wiem dlaczego płaczę, ale on się nawet nie domyśla,  palant. A przecież powinien, nie? To nie nasz pierwszy raz. Idę na dwór, zawijam się w hamak i bujam, jakbym miała rozdwojenie jaźni. Dwie godziny temu opowiadałam niesmaczne żarty o hemoroidach jak ogórki, teraz sama na siebie wysłałabym smsa o treści „pomagam”. Zapada wieczór, noc. Wyłączamy elektronikę, każde przytula poduszkę tam gdzie lubi najmocniej. Cisza, a Matka delikatnie zaczyna chlipać. Em jak Miłość, Na wspólnej i Złotopolscy w jednym domu na przedmieściach Łodzi, scenariusze mogę im napisać wszystkim, lepsze niż w Esmeraldzie i Harlekinie.

- Czego ryczysz znowu?

- Nieważne!

- No po kiego płaczesz znowu, co?

- Idź spać i tak nie zrozumiesz!

- Mówisz czy nie?

- Bo…Bbbbo, b-boo.. ja jestem taka beznadziejna!

- Ja pierdolę.

 

cisza…

cisza…

cisza…

 

- Jak tam w brzuchu mieszka trzecia kobieta, jak wy mi się kiedyś wszystkie zsynchronizujecie w te dni,  w TE dni… Powtarzaj za mną: tata seppuku, tata seppuku, tata seppuku…

Do rządzących.

Ten komentarz chodzi za mną jak śmierć. Ten komentarz bał się mówić głośno. Ale dlaczego nie? Czy to nie jest też moja sprawa? Czy mnie ten problem nie dotyczy? Koniec milczenia.

Jakim prawem robi się ze mnie bezmózgiego kretyna, który nie ma swoich poglądów, źródeł informowania i bladego pojęcia o otaczającym świecie. Kto wymyślił tą wierutną bzdurę, że nie będę w stanie wyciągać wniosków na podstawie historii, przeczytanych publikacji i porównywaniu opinii ludzi bardziej ode mnie doinformowanych, tak w razie, gdyby ktoś zarzucił mi powierzchowność. Czy wam się wydaje, że nie umiem czytać? Że nie umiem kojarzyć faktów? Że mam mózg ze słomy i kilograma waty?

Przestańcie klepać mnie po plecach, głaskać po głowie i mydlić oczy o Dobrym Samarytaninie. Państwo pozwolą, że sama zadecyduje kim chce być i jak się prowadzić. A co jak ja nie chce być dobra? A co jak ja chce być nietolerancyjną suką?  Co wtedy? Mam prawo głosu jako niemiły obywatel tego kraju czy tylko przytulne misie mogą się wypowiadać? Chcecie mnie pytać o JOWy i lasy, za chwilę o ochronę pomidora czerwonego i zakaz mieszania zupy w prawo! Koń by się uśmiał. Zaskakujące, że zasób słów mam większy niż sześciolatek i chcę uzewnętrznić  swoje poglądy, prawda? Jak to możliwe, że ludzie się buntują, czyż nie? Odpowiadam – to nie jest monarchia absolutna proszę państwa i przestańcie mnie wychowywać, za późno.  Wkurwia mnie wyskakiwanie z posłusznym chrześcijaninem. Co powiecie ludziom, którzy nie wierzą w Pana Jezusa i mają do tego prawo?  Wierzą w wielkiego potwora Spaghetti i tak chcą zemrzeć w chwale? Pytam się – CO Z NIMI?! Jak im zamkniecie pełne lęku gęby?

Wypielęgnowaliście we mnie i wydrążyliście jak kropla w skale świadome pojęcie „rasista”.  Wy wskazujecie na mnie palcem i mówicie „wstydź się, nie masz serca”. A ja się pytam: nazywacie mnie „rasistą” bo nie chcę drżeć dzień w dzień o swoje dzieci?  Nie chcę się zastanawiać czy córka z klasą w kinie za dziesięć lat nie wyleci w powietrze? Po raz kolejny nie wiem i szukam rzeczowej odpowiedzi, która pozwoli mi bić się w pierś z zażenowania, jak mogłam być tak okrutna.  Odpowiedzi na pytanie, dlaczego dziwicie się, że stawiam dobro własnych dzieci ponad cudze? Dajcie te argumenty, żebym umarła ze wstydu. Zalewacie mnie zewsząd widokiem utopionych noworodków, maluchów w wieku mojej córki  dryfujących w pampersach twarzami w wodzie, które chwytają mnie za gardło i serce. Nie śpię! Przeżywam! Dramat! Ja nie chcę, jeszcze mocniej tule własne dziecko! Nie chce wojny, nigdy więcej wojny! Nie pokazujecie już tej hordy dwudziesto, trzydziestoletnich chłopców, przebiegających po małych ciałach jak szarańcza. No dlaczego nie? Bądźmy obiektywni.

Wciskacie mi paluchy w dupę jak w pacynkę i podnosicie za mnie ręce, kręcicie za mnie głową. Czy ten kraj to jest jakaś jednostka zamknięta? Czy ja jestem ubezwłasnowolniona? Czy ja, kurwa mać, MAM PRAWO GŁOSU W SPRAWIE WŁASNEJ PRZYSZŁOŚCI, MOICH DZIECI I WNUCZĄT?

I żeby była jasność zanim poleje się wiadro pomyj, że w dupie byłam i gówno widziałam – pęka mi serce jak widzę co się dzieje. Nie mogę powstrzymać łez widząc płaczące w deszczu kilkumiesięczne dzieci. Sama nie dalej niż tydzień temu odbyłam rozmowę z mężem w domu, czy,  gdybyśmy mogli ze względu na lepsze warunki  i więcej miejsca, nie przyjęlibyśmy rodziny z dzieckiem.

Tak.

Byłaby to bardzo trudna sytuacja, ale tak. Problem polega na tym, że nie kontrolujecie tego kto i z jakimi zamiarami miałby mieszkać w moim domu, z moimi dziećmi. O ludziach, których chcecie przyjąć nie wiecie nic. A wymagacie bezgranicznej empatii. W łeb się walnijcie jeden z drugim.

P.S.

Gdybym była w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia swojego i rodziny, pierwsza pakowałabym torby i darła pięty gdzie bezpiecznie. Z tą różnicą, że zatrzymałabym się tam, gdzie ciepło i dają jeść, gdzie dzieci z suchymi spodniami kładą się spać, a nie brnęła dalej gdzie lepiej płacą, gdzie lepszy socjal i gdzie dłużej można będzie robić nic. Otwieracie drzwi i trzepiecie kołdry dla ludzi, którzy po 24 godzinach uciekają na zachód od waszych smacznych zup i tłuczonych ziemniaków.  I co teraz?

Odpowiedzialnie i świadomie proszę o wybór, o prawo głosu. Sądzić mnie będzie kto tam stoi po drugiej stronie, proszę się nie martwić o moje niebo czy piekło. Niech to zostanie w moim kręgu zainteresowań, błagam.

Nie jestem ignorantem.

Jestem matką dwójki dzieci.

Sorry.